Janek

Janek
***
– Dlaczego Janek to zrobił?- padają pytania. Biegły dochodził, rodzina poszukiwała odpowiedzi, babka płakała, a kuma niemiłosiernie wyła na pogrzebie.
***
Zdesperowany Janek biegnie przez ulicę. Nie zważa na samochody, przechodniów na pasach i migające zielone światła. Znajduje się w niewidzialnym tunelu czasoprzestrzeni. Niewidzialna mgła połyskującą matową bielą i pyłkową szarością przykrywa mu wszystko i wszystkich. Uff… przebiegł. Już jest po drugiej stronie. Widzę go tak wyraźnie. Jest taki… blady…
Staje pod umówionym adresem. Jeszcze poprawia włosy. Jeszcze podciąga rogi kołnierzyka. Jeszcze zerka z uśmiechem na zegarek. Tik – tak, tik – tak, tik – tak , tik – tak – rymuje mu zegar. Czeka. Czeka, czeka, czeka…, czeka, czeka, czeka. Czeka i czeka…. Czeka…  Chyba zaczyna brakować mu siły na stanie tutaj i męcząco długie czekanie. Z nerwów podryguje nogą, to znów przenosi ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Wspiera się o ścianę i nierytmicznie tupie. Wyczekiwanie wyraźnie sprawia mu ból. Już późno. Nie starcza mu sił. I tak pozostawił dumę w domu. – Wyśmiała – zaprosiła – wyśmiała – wspomina, ale to nie o tym historia. Przemógł się i przyszedł. Kosztowało go to więcej wysiłku i sił niż potrzebuje kobieta na porodówce w najboleśniejszym momencie obdarowywania świata nowym istnieniem. Zarówno w scenie z jej jak i Janka życia pojawia się przeraźliwy krzyk. Krzyk. Krzyk, krzyk, krzyk, …ykkkk. Słychać go wokół. Wszystko żyje jednak swoim życiem. Nikt nic nie spostrzega…
***
Kilka scen wcześniej.
Wypija litr ziółek na uspokojenie, połyka tandetne środki przeciwlękowe. To pierwszy raz.  Staje przed lustrem. Nieznacznie unosi głowę. Słyszę jak mówi: tak.
***
Powrót do sceny tuż po przebiegnięciu ulicy.
Przyszedł. Rozgląda się wokół. Wzrok bezradnie zaczyna szaleć nie wiedząc, gdzie może ją odnaleźć. Nie ma jej. Widać jego podenerwowanie. Wdech i wydech, wdech i wydech.  Nadal czeka. Oczy wypełniają nie łzy, ale coś gorszego – emocje i wyobrażenie sceny przegrania. To pierwszy raz. Tak mu źle, tak niedobrze. Nie wie już sam po co tutaj przyszedł. Robi kółka wokół słupa. Wrze, gotuje się, bulgocze i chlipie w środku.  Dwie siostry – anielica i diablica wszczynają bójkę. Tylko on jest jej świadkiem. Polem jest bowiem jego głowa. Zaczyna boleć. Coraz mocniej odczuwa pojedynek. Ból wzmaga się z każdą chwilą. Pamięć ulatuje, wspomnienia giną. Stoi. Płacze… Przechodnie patrzą spod nosa z wielką ironią i malującymi się na ich ustach słowami – facet mazgaj! Obcierając nos słyszy przelatujący świergot śmiechu…
***
Czym zawinił? Zdradzony nie tylko przez tamtą osobę zdradził się i sam. Chciał jak najlepiej. Szukał rozwiązania. Nie wyszło. Nie wyszło… To nic. Niby nic. Niby nie istotna rzecz. Zaważyła. Pierwszy raz.
***
Dwie sceny do przodu.
Powrót był szybki. Pierwszy raz. Biegł ile sił w nogach. Widzimy jak wrócił do mieszkania. Wchodzi do kuchni, otwiera szafkę. Trzyma w  niej różne przyrządy. Widać jak czegoś tam szuka. Wyrzuca jedną rzecz po drugiej. Zatrzymuje się. Ściska coś mocno w dłoni. Jej mięśnie są takie spięte… Widać na nich każdą żyłę. Ich kolor przypomina zgniłą zieleń przeplatającą się z niebieską laguną. Długo się nad czymś zastanawia po czym rzuca się do przodu. Coś wybija go z tępa. Staje. Podchodzi do lustra. Chce zobaczyć swoje odbicie. Znieruchomiał. Bladość twarzy potęguje zamrożenie tej chwili… Patrzy. Spojrzenie jest jednak nieobecne. Ciało także. Kocim ruchem zbliża twarz do lustra. Martwym wzrokiem ogląda odbicie. Zupełnie jak dziecko dmucha na szkło. Chyba chce teraz dotknąć jego powierzchni… Podnosi jedną rękę do góry. Wstrzymał ją w bezruchu zawieszając tuż nad głową. Powoli można zobaczyć jak minimalnie opuszcza ją w dół cały czas zbliżając się w kierunku powierzchni lustra. Opuszki palców, jeden po drugim stykają się z nim. – Jest takie gładkie, takie zimne, takie martwe… – myśli Janek. Łza w oku domagając się zaistnienia wdziera się na policzek. Lewy.  Diabeł także nie chciał czekać. Siedzi na krześle z boku. Z wielkim uśmiechem na obrzydliwe wielkich ustach szczerzy wielkie, czarne zęby. W niewyobrażalnie smolistej i włochatej łapie trzyma fajkę. Kółka dymu unoszą się nad jego smolistą czupryną. Widok odrzuca i mdli. Chce się zwymiotować. Diabeł jednak po swojemu przyspiesza ciąg zdarzeń.  Zeskakuje z krzesła. Rzuca szatańskie spojrzenie. Już idzie ku Jankowi. Podskakuje jak dziecko. Unosi się co chwila w górę jakby był piórkiem… Wygląda jakby zjadł kilkoro ludzi… Już przy nim stoi. Już szepcze mu do ucha – dalej miły! Śmiało! Jedno, tylko jedno precyzyjne pchnięcie. – kusi głosem przypominającym syczenie żmiji. S.. s..sy.. ssssssssss. Jest jednak w nim coś tak słodkiego i tak stanowczego, że nie można pozostać obojętnym jego wezwaniu. – N.. i.. c nie zaboli – kontynuując najpierw wkłada obleśny, wielki palec w usta oblizując go ciągnącą się jak galareta śliną by następnie dotknąć nim ucha Janka.
Janek odchodzi od lustra. Idzie wolnym krokiem wlokąc nogę za nogą. W powietrzu czuć woń kwiatów. Ściany korytarzu w kolorze najczystszej bieli dają efekt czegoś w rodzaju tunelu. Janek nadal idzie przed siebie. Zmierza do salonu. Już jego wzrok zlokalizował żyrandol. Był w kształcie lilii wodnej. Śnieżnobiały. Nieskazitelna biel wkradła się i w istnienie tego pomieszczenia. Wlecze ciężkie nogi. Stojąc za nim można by pomyśleć, że to istota z innego świata kroczy przed siebie zagubiona w czyśćcu. Gdyby nie obecność jego ciała – nawet ściany by nie wiedziały o jego istnieniu. Janek to mistrz skradania się. Pytanie, gdzie w tym momencie i po co się skrada..? Niespodziewanie zza marynarki wyjmuje jakąś rzecz. To jest… Tak. To, to… Podnosi narzędzie zbrodni do góry. Może mi się wydaje, ale błaga niebiosa o przebaczenie. Klęka. Co ja widzę ?!? Pochyla głowę, modli się. Amen! Resztką sił dotyka prawą dłonią umierające serce. Ostatnie ruchy. Ostatnie jego bicie. Ostatnie zamglone spojrzenie na dłonie, na lustro, na pokój. Opada. Jak w zwolnionym tempie widzę podkulające się nogi, przechylający się tułów. Krótki moment dygocze. Kona szybko. Jeszcze dr r r rgawka. Nie ma dużo krwi. Na dywanie leży blady Janek. Pod nim mała czerwona plama.

Informacje o Alice

Fall in love with writing...
Ten wpis został opublikowany w kategorii Proza i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s