Pocięcie

*

    Czerwcowa, ciepła noc zapowiadała się jak poprzednie. Czasami wolałabym, aby wszystko było jak w scenariuszu. Bezpieczeństwo i życie według znanego planu jest wygodne. Cóż, życie to nie film czy sztuka teatralna. Wszystko po prostu dzieje się, a nie jest zaplanowane, ustawione, przemyślane.
    Przekręciłam się z boku na bok. – Gorąco, jak duszno… – gadałam sama do siebie. Na całym ciele czułam nieprzyjemnie lepką wilgoć. Raptownie otworzyłam oczy, sprawdziłam godzinę. 00:16. Z powrotem je zamknęłam.- Bach! Coś (nie byłam w stanie powiedzieć tylko co) łomotnęło na dole z wielkim impetem. – Co tam się dzieje? Pode mną (na parterze) jedna osoba krzyczała, a druga płakała. Z odgłosów wydedukowałam, że to nie kłótnia, a raczej jednostronna manifestacja. Czego? Jeszcze nie wiedziałam.
   Kilka minut po wylewie krzyków i głośnej rozmowy zapadła cisza. Walnęły drzwi wejściowe od domu. Potem rozległ się najsmutniejszy i najdotkliwszy z możliwych i znanych mi szlochów. Jednocześnie, wkładając kapcie i wiążąc z przodu szlafrok, zbiegałam ze schodów.
– Co się tutaj dzieje? – nerwowo zapytałam. Instynktownie rozejrzałam się dookoła. Po jednej stronie, na ścianie, ktoś musiał rozbić butelkę z piwem. Plamy i smród były jak impresjonistyczny obraz, tylko z dodatkiem smrodu roznoszącego się po domu. Piana utworzyła coś w rodzaju puszysto – biało – jadącej odorem rzeczki płynącej wzdłuż ściany. Przechyliłam głowę w drugą stronę. Porozrzucane buty, a raczej skopane, leżały na całej długości korytarza. Jakby diabeł wpadł i wtargnął z widłami (zabrał się po swojemu do piekielnej roboty), zostawiając po sobie znak firmowy – nieład. Rozbite lustro, szkło pod stopami i rozrzucone dwie jasne koszule. Obraz jak z jednego z wielu filmów.
– Co się tu do cholery dzieje? – już nie tylko nerwowo, ale i z poirytowaniem rzuciłam. Spojrzałam na matkę. Musiałam, choć nie chciałam, patrzeć jej w oczy. W tej samej chwili ogarnęło mnie przerażenie i smutek. Poczułam ucisk w klatce piersiowej i zabrakło mi powietrza. Łapczywie, prawie krztusząc się, wchłonęłam nieświeże powietrze. Żadna matka nie zasługuje na taki ból. Twarz zmęczona i przestraszona. Latające z nerwów policzki, przekrzywione usta i łzy spadające jedna po drugiej to na jej ręce, to na gołe kolana, to na podłogę. Chwyciłam jej dłoń. Z całej siły przyciągnęłam do klatki piersiowej i wtuliłam w nią twarz. Widzieć ją w takim stanie, z tym bólem istniejącym w niej, było tak dotkliwie nieprzyjemne i obrzydliwe. I ten strach w jej oczach. Jeśli ktoś widział zwierzę na które polują myśliwi, jego strach i desperacką ucieczkę ku życiu, jeśli ktoś spotkał się ze wzrokiem ofiary może wyobrazić sobie w maleńkiej części jej lęk. Podniosłam spojrzenie w górę. Światło na korytarzu wydało mi się tak przytłaczająco ciemne. Nieprzyjemny nastrój wkradł się w moje oczy, ciało i duszę. Zamglenie. Westchnęłam i ponownie utkwiłam spojrzenie w matce. Odsunęła się ode mnie. Opierając ręce o zimną podłogę próbowała podnieść się. Wyglądało to jak próba nie tylko fizycznego powrotu do pionu i złapania równowagi, ale i jako wysiłek zmierzający ku odzyskaniu choć odrobiny wewnętrznej stabilności. Klęczałam. Jak zamarła. Bez słów, ruchu i łez. Przed oczami pojawiły się jej kolana, tułów, ramiona, twarz. Zasłaniając twarz dłońmi, bardzo powoli, jak to robią aktorzy w teatrze – odwróciła się.
– Co do jasnej cholery tutaj się dzieje? – krzyczałam. Strach gwałcił moje ciało. Byłam bezwolna i przygnębiająco smutna. Poszłam za nią.
– Poszedł się zabić. – nie spojrzała mi w oczy wypowiadając te słowa. Zapadła cisza, tak szybko i tak naturalnie jak w dalekiej Afryce momentalnie zapada ciemność. Coś zakłuło mnie w środku. Ból na linii brzucha stawał się nieznośny. Penetrował i szperał tam, gdzie tylko miał żądzę zbić, stłamsić i dołożyć ciału. Obleśnie dotykał każdej najmniejszej cząstki mnie tam głęboko w środku. Gwałciciel właśnie dochodził. Jedyne, co mogłam zrobić i co wyszło ze mnie – to kilka gorzkich łez.
– Powiedział, że już nie wróci. Opadłam na kolana nie zważając na to, że w ciągu ostatnich kilku chwil przeniosłyśmy się przed dom i stoimy na kamiennej ścieżce. Nie poczułam bólu, kiedy nastąpiło osunięcie mojego ciała na ziemię. Spojrzałam na matkę. Płakała. Każda kolejna łza raniła ją boleśnie. Uronienie jeszcze jednej przeze mnie wydało się niemożliwe i tak bezsensowne, choć jednocześnie ludzkie. Oczy przeżywały suszę czy byłam tak nieczułą suką? Zwinęłam się w kłębek. – Dobrze, że to noc i nikt nie widzi mnie w tym stanie. – mimowolnie mówiłam sama do siebie w myślach. Nic nie czułam czy tak mocno nie chciałam nic nie czuć, że poprosiłam niejaki Paraliż o pomoc? Myśli stanęły jak wryte i przestały płynąc swoim potokiem. Jakby chciały powiedzieć, że łączą się ze mną w bólu, teraz moment na Ciszę. Wszystko wokół wydawało się martwe czy takie było? Kształty wokół zacierały same za sobą swoje istnienie, głosy cichły. Cisza nie z tego świata, a może z tego ale wcześniej jej nie potrafiłam usłyszeć? Nic nie słyszałam, a może nic już nie dochodziło do mnie? Chciałam zareagować. Pragnęłam tego. Reakcja była tak obrzydliwe i zarazem nieludzko oddzielająca mnie od smrodu i sceny nocnych zdarzeń, przed chwilą rozegranych w domu, że brzydziłam się swoją reakcją.Szok pochylając się nad duszą gwałcił napierając na nią z całych sił. Lęk i otępiające zniewolenie brutalnie wymusiło brak jakiejkolwiek reakcji. Wstyd przeleciał ciało od stóp po głowę w postaci ciarek. Przymknęłam oczy próbując resztką woli wypełznąć z tego stanu. Ciało nie miało nic do powiedzenia. Podporządkowane pod rozkazy płynące z mózgu spazmatycznie podniosło się kilka razy to w górę, to w dół i opadło. Najmniejszy ruch nie miał sensu. Przymknęłam oczy. Lekko, nie chciałam poczuć ucisku zamykanych powiek. Zastygła w pozie płodowej, najciszej jak potrafiłam, oddychałam. Pocięte wnętrze nie chciało nic czuć ani doznać.

Informacje o Alice

Fall in love with writing...
Ten wpis został opublikowany w kategorii Proza i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.