Rok wilkołaka, Stephen King

„Rok wilkołaka” Stephena Kinga (ang. tytuł: „Cycle of the Werewolf”) nie powalił mnie na kolana, niemniej pomysł przedstawienia historii morderstw dokonywanych na mieszkańcach małego miasteczka wg cyklu pełni księżyca (pewne daty pojawień się wilkołaka dostosowane pod uroczystości w USA obecne w fabule odbiegają od dat pełni – King pisze o tym w posłowiu) jako dwunastomiesięcznej opowieści o wilkołaku – jest jak najbardziej trafiony, a całość powieści prezentuje się zgrabnie, choć daleko jej do wielkiego dzieła.
Akcja rozgrywa się w 1984 roku w niewielkim miasteczku Tarker’s Mills. Zamiast podziału na rozdziały, kolejne epizody zatytułował King nazwami miesięcy (S.K. został poproszony o historyjkę, która miałaby być umieszczona w kalendarzu, wyszła mu dłuższa opowieść niż historyjka, ale czytelnik ma problem: bo ni to kalendarzowa opowiastka, ni powieść). Każdy nowy wieje grozą, niosąc śmierć kolejnej osoby lub, jak miało to miejsce w przypadku Elmera Zinnemana, zwierząt, dokładniej trzody chlewnej.
Powieść jest przejrzysta, niczym akty i sceny w spektaklu teatralnym, następują kolejne odsłony. Na scenę wychodzą po kolei mieszkańcy, co miesiąc jeden z nich pada ofiarą bestii, która nie liczy się z nikim i niczym (choć uważnemu czytelnikowi rzuci się w oczy fakt, że wilkołak nie uśmiercił ani jednej kobiety…, a w przypadku Donny Lee stał się wręcz jej wybawicielem…).
Sam wilkołak przez całą fabułę jest na drugim planie. Pojawia się tylko jako oprawca, który wkracza w świat ludzi, aby jednego z nich uśmiercić. Zachowuje się jak typowy drapieżnik – morderca; niepostrzeżenie podkrada się, uśmierca, znika.
Jeszcze dziecko, Marty Coslaw ma zaledwie dziesięć lat, jest tym, który przeżyje atak bestii. Uzna nawet, że noc podczas której miały miejsce te straszne wydarzenia, była najlepszą w jego życiu, to on rozda karty w ostatecznym pojedynku.
Mieszkańcy Tarker’s Mills okazali się społecznością nie poddającą się zabobonom. Jak na tym wyszli? Jeden z nich, największy przeciwnik teorii o prawdziwości istnienia wilkołaka – konstabl Neary – na własne oczy zobaczył a na własnym ciele doświadczył, że to prawda –padł ofiarą stwora ze świata legend.
King skreślił mieszkańców jako tych, którzy czekają do ostatniej chwili. Potrzeba było kilku trupów i wyrżnięcia małego stada świń, aby (dopiero) pod koniec roku zorganizowali się i zaczęli szukać zła w postaci wilkołaka.
A wszystko dzieje się w rytmie codziennych obowiązków, wychodzenia do pracy, wizyt u fryzjera, pieczenia ciasta, rozmów. Zło i groza wkracza w życie przeciętnego amerykańskiego miasteczka nieoczekiwanie. Tak naprawdę miasteczko skreślone przez Kinga może być każdym innym, nie ma wielu opisów czy wyjaśnienia dlaczego akurat tutaj i teraz pojawia się potwór, to budzi grozę!
Ludzie zamieszkujący Tarker’s Mills są natomiast przedstawieni jako: gospodyni, żona, fryzjer, właściciel pabu, barmanka, dziecko – przez co stają się nam bardzo bliscy.
Nie ma tutaj heroicznych bohaterów, postaci których osobowości lub czyny powalą nas na kolana  a tym, który poznaje prawdę i ratuje miasteczko przed następnymi mordami – jest dziecko. Wilkołak pojawia się, zaczynają się morderstwa, akcja idzie do przodu.
Nie jest to powieść napisana z wielkim rozmachem, epickimi opisami, niezwykłymi czynami bohaterów, interesującymi postaciami czy mizernie wymyślonymi efektami specjalnymi czy to w wyglądzie, zachowaniu czy cechach wilkołaka. Nie ma tutaj także grozy wypełzającej spod schodów domów, chowającej się w każdym zakamarku, kryjącej w potworach na rogu każdej ulicy – ona po prostu zjawia się z pełnią księżyca.
To normalne miasteczko i przeciętni ludzie. Bestia wchodzi – zabija – ucieka. Pory roku płyną jak godziny, uciekające podczas szybko mijającego dnia. Mieszkańcy mają wady jak ludzie na całym świecie: Chris Wrightson jest pijakiem, Milt Sturmfuller znęca się nad żoną i zaraża ją chorobą weneryczną, konstabl Neary jest ślepy na fakty, Lowe w momencie uświadomienia sobie kim jest – nie oddaje się w ręce prawa, ucieka a Al., wuj Marty’ego, w chwili spotkania z wilkołakiem zamiera. To dziecko jest tym zimnym twardzielem, który bierze sprawy w swoje ręce – strzela – i jeszcze potrafi przy tym trzeźwo myśleć wypowiadając słowa: „Biedny stary wielebny Lowe. Spróbuję cię uwolnić”. Wilkołak tylko idzie za instynktem, a ten w efekcie finałowym prowadzi go do śmierci.
„Rok wilkołaka”, tak jak napisałam na początku, nie powalił mnie na kolana, ale wszystko jest poprawnie skonstruowane (jak to zazwyczaj bywa u Kinga, poza paroma małymi wpadkami merytorycznymi), przyczepiać się na siłę – byłoby śmieszne. Stephen King nie stworzył misternie wymyślonej fabuły, to po prostu dzieje się, zło wkrada się w życie przeciętnej społeczności. Groza pojawia się w miasteczku, giną ludzie, a wilkołak jest po prostu nocnym drapieżnikiem, żadnym krwi. King mówi: zło jest złem. 
Czy poleciłabym „Rok wilkołaka” do lektury? Nie. chyba, że chcesz przeczytać Kinga od deski do deski. Przy innych jego tytułach – ten chowa się i jest jedynie słabym szkieletem i brudnopisem. 

Informacje o Alice

Fall in love with writing...
Ten wpis został opublikowany w kategorii Przeczytane i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s