Manitou, Graham Masterton

Określany mianem spadkobiercy tradycji Edgara Allana Poe’go w swojej pierwszej powieści z gatunku horror (1975 rok) sięgnął po opowieść o pewnym szamanie, którego manitou zamierza powrócić. Tylko co ma z tym wspólnego oszust jasnowidz i tarociarz w jednej osobie, młoda kobieta pojawiająca się w Szpitalu Sióstr Jeruzalem na Manhattanie, starsza pani Herz, niejaki Śpiewająca Skała oraz Amelia Crusoe? Otóż połączy ich historia pewnej osobliwej przypadłości – guza, i to ruszającego się na ludzkim ciele guza… 
„Manitou” Mastertona wyszło spod jego pióra w 1975 roku. W Polsce pierwsze wydanie pojawiło się na rynku księgarskim dopiero w 1989 roku. Jest to historia tytułowego ducha manitou, szamana, który w 1650 roku pijąc płonący olej uśmiercił ciało ocalając ducha przed wiecznym unicestwieniem. Powraca przy pomocy ciała młodej kobiety – Karen Tandy. Akcja rozgrywa się we współczesnym Nowym Jorku, na Manhattanie, gdzie przed laty był jego dom i rodzinna wioska. To tutaj chce dokonać reinkarnacji. 
Masterton zaczyna cytatem z H. P. Lovercrafta, twórcy tzw. horroru kosmicznego, zawierającego opis czarnoksiężnika Misquamacusa. Nie bez kozery przywołuje ten opis. Czytelnik przekonuje się o tym dość szybko.
Jednoliniowa opowieść; nie ma rozbudowanej fabuły, poza kilkoma odniesieniami do legend Indian (zresztą ciekawych). Historia jest prosta. W Szpitalu Sióstr Jeruzalem pojawia się niejaka Karen Tandy. Młoda kobieta na szyi ma guz. Najlepszy specjalista na świecie w tej dziedzinie – dr Hughs przygląda się nadzwyczajnemu przypadkowi. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby – guz nie ruszał się i… nie okazał się embrionem… Karen tuż przed operacją udaje się do jasnowidza i karcianego oszusta – Harry’ego Erskine. Dzieli się z nim swoim niepokojem. Wyznaje, że oprócz dziwnej narośli na szyi w nocy nawiedza ją przeraźliwy sen, który powtarza się jej od trzech nocy, z każdym kolejną stając się bardziej wyrazistym i straszniejszym. W dalszym rozwoju akcji to Harry stanie się napędem akcji i tym, który będzie szukał sposobów, aby kobieta przeżyła. Czy przeżyje… Dowiedzą się ci, którzy sięgną po książkę.
Masterton buduje prostą fabułę, nie oblegająca w wątki poboczne. Nie ma tutaj epickich opisów postaci czy miejsc, ale stopniowo, konsekwentne i brutalnie wpychanie czytelnika w rzeczywisty świat, w który chce wedrzeć się szaman. Ten nie tylko może zabić Karen Tendy, ale i co ważniejsze chce to zrobić, w zemście i furii żądzy śmierci nie posunie się przed niczym.
Fani okultyzmu, spirytualizmu i kabały znajdą tu także coś dla siebie. Eksploatowane na wiele sposobów sposoby wróżbiarstwa, w „Manitou” posłużyły bohaterom Mastertona do poszukiwania odpowiedzi w związku z dziwną historią Karen.
Warto zauważyć, że w świecie Mastertona to nie ludzkie postacie są najważniejsze – pierwsze skrzypce gra szaman, a tuż za nim demon z indiańskich legend, odpowiednik chrześcijańskiego Diabła. Pierwszy z nich, to czarnoksiężnik Misquamacus, jeden z najpotężniejszych i najsłynniejszych szamanów. Nieproszony pojawia się w obcym mu świecie, z egoistycznych pobudek wykorzystuje ciało niewinnej kobiety do swoich narodzin. Jest bezwzględny i okrutny. Chcąc osiągnąć cel nie posunie się nawet przed przywołaniem najstraszniejszych mocy i demonów z wierzeń Indian, takich jak Strażnik Masztu, Wąż Wodny czy wreszcie Wielkiego Starucha, który w wielkim finale będzie musiał przeciwstawić się policyjnemu komputerowi – Unitrakowi, a tak naprawdę jego manitou.
Plusy: Kapitalny prolog! Zbudowany z iście mistrzowską atmosferą tajemniczości i gromadzącego się w powietrzu napięcia, utrzymaną do ostatniego zdania.
Siła Mastertona to brutalny realizm opisów sytuacji w których jego bohaterowie muszą zmierzyć się z szamanem i przywołanymi przez niego demonami. Ponadto udało się mu coś ważnego, a o czym pisał Stephen King w „Danse Macabre”. Jego historia zawiera trzy podstawowe i nierozwiązalnie połączone z gatunkiem cechy decydujące o wielkości i sukcesie pisarza. Są to: groza, strach i obrzydzenie. Wszystkie obecne i sprawiające, że zgroza jakiej doświadczają Harry, Śpiewający Skała, Hughes i inni nie pozwala nam spokojnie przetrwać aż do finału historii. Od początku do końca powieść napisana z narastającym napięciem. Szybko poprowadzona akcja tylko przechyla szalę na korzyść budowania atmosfery grozy, jakiej doświadczają bohaterowie. Dobrze przemyślana kwestia – sukcesywnego i cząstkowego odkrywania i doprowadzania czytelnika do informacji kim jest tytułowy Manitou, a także po co pojawia się on po ponad trzystu latach od jego śmierci na Manhattanie. Oczywiście sam pomysł na historię, która spotkała Karen Tandy jest jak najbardziej interesujący i wciąga.
Minusy: Nie potrzebnie w prologu Masterton mówi nam o embrionie, osobiście zbyt szybko wpadłam na dalszy rozwój historii, co mnie nieco zniechęciło do lektury. Dla tych, którzy są za pan brat z tematyką Indian i szamanizmem oraz jej odgrzewaniem przez literaturę – historia może nie wydać się aż tak atrakcyjna. Samo wykonanie nazbyt odarte z rozbudowanych opisów, zbyt chłodne i jednowątkowe – wszystko zmierza i obraca się wokół tajemnicy guza i jej wyjaśnienia. Do tego główni bohaterowie są słabo zarysowani. Wiemy o nich tyle, ile wynika z bieżącej akcji, nie ma mowy o głębszym przedstawieniu psychologicznym. Do końca nie jestem pewna czy jest to minusem „Manitou”, ale język jakim napisana jest powieść, odarty jest z wszelkich językowych „smaczków”. Moje odczucie jest takie, że cały nastrój i idące za i przed bohaterami rosnące napięcie tworzy sam rdzeń opowieści i jej rezolutne opowiadanie kawałek po kawałku, z zimnymi opisami zdarzeń i odczuć bohaterów powieści, a język służy jedynie do zimnego zanotowania słów składających się na całość historii.
Czy polecam „Manitou” Grahama Mastersona? Tak. Choć akcja jest jednoliniowa, język prosty (czasami za sztywny), a historia po tym jak dowiedziałam się o embrionie – w mojej głowie niejako dopisała się sama, umniejszając wartość opowieści – sądzę, że warto zapoznać się z tym tytułem. Realizm, stopniowe budowanie napięcia, groza śmierdząca fetorem Wielkiego Starucha, może ciebie nie powalą, ale warto przekonać się na własnej skórze jak autor pociąga za odpowiedni sznurki, abyśmy poczuli ten dreszczyk emocji na naszych plecach, który rośnie i rośnie.. W końcu nie bez kozery nazywa się go spadkobiercą Poe’go… 

Informacje o Alice

Fall in love with writing...
Ten wpis został opublikowany w kategorii Przeczytane i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s