Wyklęty, Graham Masterton

A nad miastem słychać unoszącą się „rozkosznie smutną piosenkę”: „Wyruszyli na połów z Granitehead /Daleko ku obcym wybrzeżom. /Lecz złowili tylko szkielety ryb, /Co skruszone serca w szczękach dzierżą”. Czuć zapach kwaśny, zimny odór zgnilizny. Wielka skrzynia w środku zatoniętego lata temu statku skrywa tajemnicę. Jęk rozpaczającego świata rozlegnie się, gdy zdejmą pieczęcie.
„Wyklęty” (ang. „The Pariah”) ukazał się w Wielkiej Brytanii w 1983 roku, pierwsze polskie wydanie to rok 1990, nakładem wydawnictwa Amber.
Historia: Poznajemy John’a Trenton’a, właściciela sklepu „Morskie Pamiątki” około miesiąca po tragicznej śmierci żony Jane. Mieszka w nadmorskim miasteczku Granitehead, położonym niedaleko słynnego Salem. To tu ma miejsce większa część zdarzeń, począwszy od pojawiania się ducha zmarłej żony, przez owiane tajemnicą zgony jego sąsiadów, po tajemnicę statku o nazwie „David Dark”.
Plusy: Graham Masterton to dla mnie jeden z tych pisarzy, który ma mocne i owiane ciemną tajemnicą, wejście. „Wyklętego” zaczyna od cytatu o pewnym demonie, rzekomo pochodzącego z „ostatniego zakazanego ustępu” z tzw. „Codexu Daemonicus”, powstałego w 1516 roku, a mającego mieć wydanie w 1926 roku w Paryżu nakładem wyd. Ibid Press. Nie ma jak wkręcić czytelnika w historię o tym, że jest Zło, pewnie jakiś potwór, głęboko zakopany i specjalnie zapomniany za sprawą Watykanu. Nic na nas ludzi /czytelników nie działa tak porywająco. Od razu więc skupił moją uwagę; stwarzając klimat tajemnicy i atmosferę grozy.
Kroczkami odsłania prawdę o zajściach w Granithead, czuć unoszącą się nad miasteczkiem grozę. Napięcie stworzone przez powoli sunącą do przodu fabułę, zakrapianą krwią, powoduje napięcie mięśni, oczekiwanie i ciarki w przełomowych dla akcji momentach. A czy miłośnik horroru nie potrzebuje właśnie dawki takich wrażeń…?
Wielki plus to powolne odsłanianie ciekawie zarysowanej historii miasteczka, w tym przywołanie historii czarownic oraz przedstawianie postaci z historii miasta. W ten sposób łącząc przeszłość z teraźniejszością czuje się ducha miasta.
Wbrew pozorom to nie główny bohater jest najciekawszą postacią. Warto wymienić upierdliwego, irytującego historyka z muzeum Peabody’ego Edward’a Wardwell’a, odludka Duglass’a Evelith’a czy tajemniczą dziewczynę w pelerynie śledzącą Trenton’a.
Fani czarownic dowiadują się, ze po procesie w Salem kilka z nich przeżyło, mają swoje rody i przekazują wiedzę z pokolenia na pokolenie. Są wśród nich kobiety, które poznał John: Mercy Lewis, Enid Lynch i Anna Putnam.
Brutalne mordy, choć mogą na wielu twarzach wywołać grymas zniesmaczenia, w konwencji gatunku jakim jest horror, jak najbardziej podkreślają i zaciekawiają makabryczne zajścia w miasteczku, szczególnie sposób uśmiercenia Charli’ego Manzi’ego (wciągnął i zgniótł go otwierający się nagrobek) czy policjanta Kelly’ego (wybuchł mu żołądek zalewając krwią i wnętrznościami łódkę na której się znajdował).
Dobre, ale i zarazem pozytywne rozwiązanie wątku Jane, żony Tranton’a. Z jednej strony jako czytelniczka uśmiechnęłam się i pomyślałam: wreszcie kobieta zazna spokoju, a z drugiej Mastertonowi udało się przeskoczyć poziom wyżej i tym drobnym akcentem przy zakończeniu pokazać, że dobro jest siłą potężniejszą od zła, którego tutaj symbolem jest aztecki demon Mictantecutli, nazwany także Bezcielesnym i Człowiekiem z Kości.
Kreacja Bezcielesnego, azteckiego władcy Mitchampy, Krainy Zmarłych zaciekawia. Stwór to gigantyczny szkielet utworzony z dziesiątków ludzkich szkieletów. Jego rządza: więcej krwi i więcej nieużytych lat życia ludzi budzi wstręt i lęk. Obrzydliwe wyrywanie serc przez zmarłych, tuż po odpieczętowaniu trumny z Bezcielesnym, a potem składanie ich u stóp potwora obrzydza, budzi wstręt i zniesmaczenie.
Dookoła są same tajemnice: nawiedzanie Trentona przez ducha jego żony, miedziana skrzynia; statek „David Dark” i opowieść z końca XVII wieku o tym, że wysłano go w daleką i niezwykłą misję – wszystko to składa się na fabułę, ale i uchyla drzwi do skrywanych przez Granitehead mrocznych sekretów.
Masterton przez swoją szablonowość – powracanie do ulubionych wątków; nie powala mnie na kolana, ale ma coś takiego w swoich historiach, że czuję się jakbym była częścią tej opowieści, jakbym była  w tym miasteczku i czuła zło panoszące się po jego ulicach, jakbym czuła atmosferę grozy, i to że za moment coś się stanie. A to już nie byle jaka umiejętność, ale sztuka sprawienia, że banalne „skrzyp – skrzyp – skrzyp” czy piosenka „Wyruszyli na połów z Granitehead, daleko ku obcym wybrzeżom” siedzą w głowie długo po lekturze. (Szkoda tylko, że jego umiejętność do tworzenia grozy kończy się na płytkim podejściu do tematu, w końcu walka demona z człowiekiem i dobrem to temat, który można przecież by było bardziej pogłębić i nadać powieści głębszy przekaz).
Opowieść poprowadzona z perspektywy John’a, postaci centralnej opowieści, to dobry pomysł. Suchy i zimny język, który może się podobać lub i nie, obiektywnie od strony literackiej nie zachwyca, ale i nie można przyczepić się bo Masterton pisze bardzo sprawnie, w gatunku horroru sprawdza się dobrze. Plusem i ubogaceniem szaty językowej jest przywoływanie innych nazwisk ze świata literatury, np.: Lovercrafta, Keats’a czy Carrol’a z jego „Alicją w Krainie Czarów”.
Minusy: Mimo wszystko Masterton nie jest pisarzem, który może na mnie wywrzeć wrażenie, a tego jestem wręcz rządna od dobrej lektury. Zbyt łapczywie sięga do jednego worka pomysłów na fabułę przez co jako czytelnik czuję się rozczarowana. W momencie, kiedy wyszło na jaw, że John Trenton ma do czynienia z jakąś siłą wyższą, duchem mającym władzę nad zmarłymi (jest to mniej więcej połowa powieści), nie dość, że wiedziałam z czym ma główny bohater do czynienia to nawet dopisałam sobie od razu zakończenie. I nie pomyliłam się. Ten schemat, powtarzalność pomysłu, jest nie do przejedzenia, a przynajmniej powieść traci – tajemnica nagle już nie jest tajemnicą a ja siedzę i już tylko doczytuję, bo nie czytam, aby utwierdzić się w tym, co wydedukowałam.
Erotyzm w wydaniu Mastertona, o którym wszyscy wokoło tak często dyskutują, dla mnie w ogóle jest zbędny. Sceny seksualne pachną tanim harlequinem i nie wnoszą nic konstruktywnego do życia bohatera.
„Wyklęty” to powieść poważna, choć nie wiem czy do końca pasuje tu te słowo, chodzi mi o to, że trzysta stron to już dzieło w którym może pisarz pokazać na co go stać. I tutaj, niby wszystko zaczęło się i szło jak najbardziej udanie: groza, tajemnica, dobra historia – są, ale kiedy dochodzimy drugiej połowy powieści, tajemniczość odlatuje, a w zakończeniu nastąpiło wielkie rozczarowanie. Dlaczego? Rozłożenie potwora na łopatki, a raczej jego zamrożenie zajęło Mastertonowi niecałą stronę, a sposób w jaki to zrobił… daleki od tego, co czytelnik chciał zobaczyć po całej historii, przynajmniej ja. Szkoda, bo książka straciła na tym, jak dla mnie zbyt szablonowe i napisane od niechcenia.
Czy polecam: Tak, bo choć Masterton nie jest moim ulubieńcem, często mnie rozczarowuje warto przeczytać „Wyklętego” dla jego dobrego wejścia, klimatu otaczającej tajemnicy, atmosfery grozy i sprawnie opowiedzianej historii o pewnym właścicielu sklepu „Morskie Pamiątki”, który w obliczu utracenia żony doświadcza istnienia innego świata, a nawet możliwości odzyskania żony. Czy skorzysta z propozycji demona…? 

Informacje o Alice

Fall in love with writing...
Ten wpis został opublikowany w kategorii Przeczytane i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Wyklęty, Graham Masterton

  1. nie znam, może warto będzie nadrobić
    ostatnio czytałem opko Mastertona w 11 cięciach i… było raczej rozczarowujące, takie na odwal się trochę…

    • Alice pisze:

      Do mnie Masterton mimo wszystko nie przemawia. Nie dlatego, że nie potrafi wykreować grozy czy makabrycznych scen – on to robi po prostu świetnie! I to jest takie naturalne, rzeczywiste, jakby za płotem się działo. Tylko, że obok tego ten pisarz jest dla mnie zbyt przewidywalny, może dla mnie, nie wiem… W „Manitou”, ten tytuł był moim pierwszych jego pióra, napisał jeden z najbardziej genialnych prologów jakie miałam w rękach w ramach tego gatunku, aż czułam spięcie mięśni i takie uczucie zamarcia, ale zakończył ten prolog słowem: embrion, które w moim odczuciu zepsuło całą historię. Bo już prawie przewidziałam co zajdzie… Ja jego autorstwa mam w planach przerobić jeszcze dwa tytuły, w tym „Dziecko ciemności”, a to tylko dlatego, że akcja dzieje się w kanałach Warszawy… Ale popularności Mastertona się nie dziwię, on jest odbiciem naszych czasów. Pisze bardzo sprawnie, tworzy grozę, ale nie ma w tym ani głębi, ani języka, który sam w sobie może być czymś pięknym, ani wizyjności – to po prostu dobrze opowiedziane historie. A co do jego pisania na odwal, spójrz tylko do wikipedii ile on książek napisał…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s