Szepty, Dean Koontz

   Jak dla mnie to bardzo sprawnie i sprytnie poprowadzona fabuła, na czele z wątkiem Bruno Frye’a. Najpierw zapachniało mi kryminałem, chwilę potem thrillerem i sensacją, przechodziło przez horror, wodząc mnie za nos ocierało się o fantastykę, otwierało drzwi ku romansidełku, było kilka chwil grozy.
   Przyznam się, że będąc ok. 90 strony, miałam nieodpartą chęć porzucić lekturę, ale na zewnątrz pogoda była niesprzyjająca, plus brak planów na wieczór sprawił, że dalej brnęłam w historię opisaną przez Koontza. Nie żałuję czasu spędzonego na lekturze „Szeptów”, bo całość prezentuje się zgrabnie, ale mimo wszystko czuję rozczarowanie.
   Niewątpliwie plusem fabuły jest, że Koontz wodził mnie za nos, a najbardziej w sprawie Brunona. Prawie do samego końca byłam przekonana, że mam do czynienia z czymś nadprzyrodzonym. Umiejętnie dawkował wiedzę, co lubię, ale jak to by powiedział profesor czy nauczyciel duchowości – letniość jest najgorsza. I właśnie ta letniość jest dla mnie wielkim minusem. Miałam nieodparte uczucie, że mam do czynienia z ułagodzoną historią, bo niewątpliwie tekst był pomysłem na mocną i bardzo dobrą historię na kartach literatury. Niestety bardziej niż grozę, strach czy okrucieństwa Brunona, przez całość opowieści, mocniej, bardziej i intensywniej czułam klimat i duchotę Kalifornii… A przecież to nie odcinek z cyklu „Wzgórza Hollywood”… Od momentu rozpoczęcia romansu Hillary i Toma – to oni byli bardziej wyeksponowani niż tajemniczy, niebezpieczny Brunon, co uważam za minus. Ich relacja wywindowała migdalenie na samą górę, a przecież sam tylko wątek Hillary zapowiadał się nieźle zagmatwany jeśli spojrzymy na jej przeszłość i problemy z uporaniem się tego, co zagnieździło się w jej głowie. Tymczasem cały balast przeszłości swojej bohaterki Dean Koontz ulotnił w jednym zdaniu, które ta wypowiedziała do swojego kochanka… Niby fajnie, że pisarz wiarygodnie opisał jak na swojej drodze stanęła sobie dwójka zagubionych ludzi, choć każde z nich w inny sposób, dopełniając się razem dali sobie szansę na lepsze życie. Ale! Właśnie te cholerne ale… Ale…
Postać Katarzyny, jej historia, którą poznajemy prawie pod koniec powieści, choć oklepana, stanowi plus tego tytułu i jest na pewno zachętą dla tych wszystkich, którzy szukają w literaturze kobiet zniewolonych, z ekstremalnym odlotem (mowa o psychicznym zaburzeniach oczywiście). To za sprawą jej osoby, poprzez pewną staruszkę przywolującą jej historię, wreszcie doszłam do prawdy o Brunonie i jego psychopatycznym postępowaniu.
A jakie było moje zaskoczenie (i rozczarowanie -?- zarazem), kiedy w finałowej scenie dowiedziałam się czym są tytułowe szepty. Po odłożeniu powieści stwierdziłam jednak, że końcowo, choć bardzo prozaiczne rozegrał to Koontz, życiowe i realne zakończenie może być tak samo wymowne i mocne, jak „to coś niestworzonego”, co od początku w tej historii siedziało mi w głowie, kiedy kroczyłam za Hillary i innymi bohaterami tej powieści.
Moją ulubioną postacią „Szeptów” jest pani Yancy. Naprawdę ciekawie opisana kobieta, w usta, której Koontz włożył ciekawe teksty, a partie dialogowe z nią pokazały ją jako postać z krwi i kości, denerwującą, wyrachowaną, bezgranicznie szczerą i do tego zabawną starszą panią z nie mniej intrygującą przeszłością.
To na pewno jedna z tych powieści balansująca, albo lepiej to określić, wodząca czytelnika za nos, poruszając się na cienkiej granicy pomiędzy tym, co może być rzeczywiste  a tym, co jest zwykłym wytworem wyobraźni pisarza. Według mnie to mocna strona tego, w jaki sposób Dean Koontz skonstruował „Szepty”. To na pewno także tytuł dla tych, którzy szukają potworów – ludzi na kartach powieści. Tutaj znajdziecie ich wiele, naprawdę wiarygodnie przedstawionych. To na pewno powieść dla tych, którzy szukają literackich odsłon delikatności ludzkiej psychiki i kolejnych postaci z panteonu przerażających psychopatów stworzonych przez drugiego człowieka.
   Przynajmniej dla mnie najbardziej zatrważająca jest mroczna prawda o nas ludziach. Książki, które łączą ciekawą historię, przedstawiają ludzi z tajemnicami, problemami, opętanych przez innych ludzi lub własny oszalały umysł, odkąd tylko pamiętam, wzbudzały we mnie emocje. Niestety przy lekturze „Szpetów” nieustannie miałam poczucie, że coś mi nie pasuje, nie gra, ale nie, że Dean Koontz nie potrafi pisać, dobrze opisywać, czy prowadzić fabuły – to nie to. Mam na myśl to, że najgorsze, z mojego punktu widzenia, dla danego tytułu i jego autora jest, jeśli czytelnik czuje się obojętnym względem historii, którą ten mu opowiada. A te uczucie było ze mną od początku do niemal końca. Letniość… Pomimo, że Dean Koontz porusza temat psychopatów, mrocznej strony duszy człowieka, nie sprawił, że przeżywałam opisaną przez niego historię. Niestety zbyt dużo było tego „ale” w moim odczuciu i takiej hollywoodzkiej opowieści rozgrywającej się w skwarze kalifornijskich ulic.

Informacje o Alice

Fall in love with writing...
Ten wpis został opublikowany w kategorii Przeczytane i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s