Gra o tron, G.R.R. Martin

Na wszystko przychodzi czas, przyszedł i na „Grę o tron” G. R. R. Martina.
Biorąc do ręki to opasłe tomisko nie byłam (o dziwo!) przesiąknięta milionami recenzji, setkami spostrzeżeń, dziesiątkami analiz i zbiorową fascynacją lub i sprzeciwem. Obiło mi się o uszy, że to tytuł warty lektury i pełen rozmachu.
Po pierwsze, bardzo subiektywnie, zacznę od tego co dla mnie i tylko mnie jest najważniejsze. Po tomie pierwszym sagi „Pieśń Lodu i Ognia” – „Gra o tron” nie mogę doczekać się rozwinięcia wątku Jona jako jednego z braci w czerni. Urzekła mnie ta postać, tak po prostu. I nie wiem czy to ze względu na taki smutek, który od niego epatuje, czy tajemnicę jego pochodzenia, a może ze względu na fakt, że tak młody chłopak nie zaznając życia targnął się na nie – odbierając sobie wszelkie doświadczenia, które każdy normalny młody człowiek chce mieć za sobą, chce przeżyć – i tu mnie frapuje, jak poradzi sobie z tym wszystkim dalej. A może po prostu to atmosfera Muru najbardziej mnie interesuje… zobaczymy co będzie dalej…
Po drugie nie mogę pominąć w moich wyróżnieniach prywatnych Tyriona Lannistera, genialnie wymyślona postać, dodaje powieści humoru, przewietrza Westeros i jest takim odbiciem od wszelkiej maści ciężkości. Dawno nie uśmiałam się tak czytając sekcje dialogowe w powieściach. Od momentu odłożenia „Gry o tron” stwierdziłam, że Tyriona wpisuję na moją listę naj naj naj ulubionych postaci literackich. Jego postać jest wielowymiarowa, nie można go określić ani jako bohatera pozytywnego, ani złego (bo grzeszków ma na koncie więcej niż wiele… od sprośności zaczynając…). Jego szczerość <aż do bólu>, taka mądrość życiowa, zmysł obserwacji, cięta riposta, humor – sprawia, że jest żywy, prawdziwy i ciekawy. A powieść dzięki niemu tylko zyskuje.
Po trzecie postać Daenerys choć odstająca od reszty, ewidentnie zagubiona, rodząca się na moich oczach, dorastająca na naszych oczach – nie do końca mnie przekonała. Dlaczego? Nie poczułam jej strachu przed związkiem z Khalem Drogo. Niestety nie zobaczyłam jej prób, jakichkolwiek, demonstrowania sprzeciwu. Martin, który niewątpliwie posiada nieprzeciętne umiejętności do rozwlekłości, w tych setkach stronic nie poradził sobie, wg mnie oczywiście, z ukazaniem lęku młodej dziewczyny przed takim mężczyzną jak khal – potężny, dziki, władczy, nie zdradzający emocji – a miał gdzie do jasnej ciasnej… Ktokolwiek ma pojęcie o prototypie takiego faceta, jego zwierzęcości i brutalności, instynkcie mordercy – na pewno zgodzi się ze mną, że taka mała duszka jak Dan nie mogła po prostu go tak szybko zaakceptować – już prędzej uwierzyłabym mu jakby choć raz próbowała sobie żyły podciąć czy poddać się innym, podobnym zabiegom oddalającym ją od barbarzyńcy (takiej anielskiej istoty…). Tymczasem obserwowałam dziewczynę, która raz poprosiła brata o nie wiązanie jej życie z tym dzikusem, potem było jej przez chwilę smutno, i nagle, bez żadnego fundamentu (pokazania przynajmniej na poziomie jej rozmyślań) „sprzeciwu” – już odnajduje się w roli khaleesi. Jak dla mnie, sztucznie, za szybko ogarnęła się w tym związku i „miłości” do „mojego słońce i gwiazdy”. Niemniej, cokolwiek tu nie napiszę, i tak ta dziewczyna przemieniająca się w kobietę, to mocny punkt tej powieści. 
Po czwarte, i kończąc to, co chcę powiedzieć odnośnie postaci, które chciałabym jakoś w tym momencie wyróżnić – Eddard Ned Stark. Uwielbiam takich moralnych, honorowych, twardych, nieprzekupnych, z kręgosłupem – prawdziwych mężczyzn. Męskość obok prawdy i moralności – tak mogę określić jego postać najkrócej. Szkoda tylko, że od początku był postawiony na przegranej pozycji, szkoda, że przegrał, choć prawda jest taka, iż Martin jego przegraną (w świetle jego cech) stworzył wyśmienicie i przerażająco życiowo. Jak popatrzy się na współczesnych polityków /politykę – ma się wrażenie, że prawidła rządzące się światem są cały czas takie same – tylko nowi ludzie na scenie. Cieszę się, choć to taka myśl obok powieści, że w serialowej odsłonie w postać wcielił się Sean Bean – może mój umysł teraz jest jakoś ograniczony, ale wybór tego aktora był dla mnie – trafiony.
A co o powieści, powieści…? Nie dziwi mnie fakt, że powieść zdobyła tylu fanów i jest teraz „Sławna” i „Wielbiona”. To dzieło ogromne – polifoniczne aż chce się rzec. Każdy może tu znaleźć postać, która go zaintryguje (mamy przecież panteonik bohaterów – jest w czym przebierać), nawet jeśli naprawdę innych od tego, co już nam inni pisarze wcześniej zafundowali, jest niewiele. Świat pokazany z kilku perspektyw, widziany oczyma różnych postaci, w różnych miejscach. Bohaterowie (jeszcze!) dzieci /nastolatkowi wkraczający w parszywy i zwierzęcy świat dorosłych – tutaj mogą tylko wygrać, albo przegrać – starają się radzić jak tylko mogą. Bohaterowie – dzieci, którzy z dnia na dzień, ze względu na okoliczności i czas w jakim im przyszło żyć, muszą stać się dorosłymi, muszą przygotować się na nadejście Zimy, i sama Zima, atmosfera jej nadejścia – ciekawie wymyślona, da się jej zbliżanie poczuć. I to może pociągać i pociąga mnie jako czytelniczkę.
Nie ma tu zbędnego filozofowania i moralizowania, co  było dla mnie samej zaskoczeniem mojego odbioru powieści pod względem tego aspektu ( bo lubię filozofowania) – nie razi, a wręcz jest dobre dla nas czytelników bo daje możliwość zaistnienia czegoś równie ważnego – oddania głosu bohaterom i ich rozterkom. Muszę przyznać, ze zgrabnie i mądrze, choć bez wielkich zaskoczeń, prowadzona fabuła, w swojej prostocie wygrała. Nie da się ukryć, że w oczy, momentami, może lekko razić rozwlekłość Martina. Naprawdę bez uszczerbku dla tego tytułu można by wyrzucić parę stronic… Na poziomie literackim powieść jest po prostu i tylko sprawnie napisana. Ci, którzy cenią piękny i bogaty język – tutaj jego nie znajdą. Pozycję pod tym względem oceniam jako dobrą, szybką i przyjemną pomimo ilości stron, które mogą na niejednym czytelniku zrobić wrażenie, ale nic więcej.
Nie jest to powieść, która wywróciła moje życie do góry nogami. Nie jest to powieść, która kolokwialnie mówiąc – powaliła mnie. I co z tego!?! Czyta się dobrze, czerpie się z niej przyjemność, Tyrion mnie ubawił, Jon zainteresował, Ned wzbudził szacunek, polityka z krainy Westeros pachnie życiową prawdą – zło plemni się jak szczury. I co bardzo ważne  – mimo Innych, jaj smoków, i wielu niestworzonych rzeczy – Martinowi udało się stworzyć bardzo realistyczny świat – świat, który poczułam, zobaczyłam, świat do którego chcę powrócić bo jest tam ciekawie, czyli wziąć kolejne opasłe tomisko. A chyba nic nie cieszy bardziej autora – jak czytelnik, który chce dalej poznać losy jego bohaterów;) 

Informacje o Alice

Fall in love with writing...
Ten wpis został opublikowany w kategorii Przeczytane i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Gra o tron, G.R.R. Martin

  1. Onibe pisze:

    faktycznie, Gra o tron to utwór bardzo polifoniczny. Pierwszy tom mnie wkopał w ziemię, bardzo go doceniłem. Może wynikało to po części z faktu, że byłem wtedy uboższy o wiele lektur, które do tej pory zaliczyłem. Tego nie wiem. Wiem natomiast, że każdy kolejny tom wydawał mi się słabszy, a przynajmniej nazbyt zagmatwany. W pewnym momencie odniosłem wrażenie, że Martin sam nie wie co chce osiągnąć albo odwrotnie: ma już finał przygody w głowie, ale stara się jak najbardziej rozciągnąć fabułę…

    • Alice pisze:

      Ja na ten moment mam ogląd na sagę „Pieśń Lodu i ognia” przez „Grę o tron” – i wciągnęła mnie. I chyba najbardziej właśnie za sprawą tej polifoniczności, która pokazuje Westeros w różnych barwach. A jak to będzie w moim odczuciu dalej – niedługo się przekonam.
      Odnośnie tego zagmatwania i ilości tomów – nie wgłębiałam się w umowę wydawniczą jaką ma G. R. R. Martin z wydawnictwem, które go wydaje, ale zapewne, znając życie, to wydawnictwo zamówiło u niego określoną ilość tomów. Często jest tak, że autor chce kogoś uśmiercić, aby szybciej dobić do celu i iść dalej, a wydawca zachęca, namawia i naciska, aby tego nie robił – przez co opowieść robi się dłuższa i dalej trwa. Ja uważam, że przy takich opasłych tomiskach to spokojnie można by było poprzestać na 3 – 4 tomach, i niech Martin by tchnął życie w co innego. W ogóle obiło mi się o uszy, że chyba 5 tom pisał 6 lat… jestem ciekawa, kiedy zakończy sagę, jak pisze w takim tempie, a swój wiek ma…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s