Starcie królów, G. R. R. Martin

Siłą „Starcia królów” jest rozmach (dłużyzny wcale nie są nużące, i nie skłoniły mnie do kartkowania), pogłębione rysy psychologiczne i wielowymiarowość postaci (nikt nie jest do końca i tylko biały lub czarny, czysty czy brudny, dobry lub zły) i (muszę to przyznać) lekki (wręcz przyjemny w trakcie lektury sagi) język.
Po pierwszej części sagi „Pieśń Lodu i Ognia”„Grze o tron” miałam swoich ulubionych bohaterów, w tym Jona Snowa i Tyriona Lannistera, po drugim tomie jest bez zmian.  Postać pierwszego ciągle jest owiana tajemnicą, nie wiem co będzie dalej, a wszystko otacza lodowata i sroga atmosfera nawiedzonego lasu. Karzeł w drugim tomie stał się jednym z głównych bohaterów i narratorów – trochę i na tym zyskał i stracił. Martinowi udało się wykreować na pewno naprawdę ciekawą postać. Najbardziej podoba mi się w nim połączenie poczucia humoru z taka cwaniakowatością i mądrością. Trochę z uśmiechem, a trochę zastanawiając się nad tymi, którzy sięgają lub mają władzę – śledziłam losy Krasnoluda. I nagle okazuje się, że jednym z najbardziej honorowych jest ten, o którym można powiedzieć – dworski lis i błazen.
Przy postaciach warto zaznaczyć, że każdy narrator – bohater pojawiający się w tej powieści jest na swój sposób ciekawy. A wszystkie głosy, mimo że płynące z różnych części królestwa, łączą się w jedną pieśń – misternie przemyślaną, momentami zmieniającą nieoczekiwanie bieg akcji. Jako kobieta nie mogę zapomnieć o tym, że na kartach powieści Martina pojawiają się różne (to ważne) postaci kobiece, od głupiutkiej Sansy (powoli nabiera rozumu), przez wojowniczą i zapartą Aryę, po Catelyn czy wreszcie Daenerys (rozczarują się wszyscy ci, którzy po tomie I oczekiwali mocnego rozwinięcia jej wątku) dojrzewającą na naszych oczach (ale czy uda się jej sięgnąć po tron? – kolejne tomy pokażą).
Bardziej niż spadku poziomu w „Starciu królów” obawiałam się wszelkiego rodzaju rozczarowań związanych z tym, że ta powieść to opasły tom. Im bardziej zanurzałam się w opowieść, tym moje wątpliwości odpływały. Pomimo rozbudowanych opisów akcja prze do przodu, pretendenci do tronu nawzajem siebie wybijają, na światło dzienne wychodzi coraz więcej sekretów (które swoją drogą rozrastają się w kolejne…). Wszystko jest możliwe, ruchome, nikt w tym świecie nie jest bezpieczny, wrogowie czają się za plecami, brat zabija brata. Tylko kto wygra…?
Geroge Martin bez stylizacji języka i wyrafinowanego słownictwa, lekko i przyjemnie, oprowadzał mnie po Werteros, z każdą stroną utwierdzając w realności opowiadanej historii i prawdziwości jego bohaterów. W moim odczuciu na ten realizm w dużej mierze wpływa brutalność, którą odnajdujemy nie tylko na polu bitwy, ale przede wszystkim w czynach poszczególnych bohaterów – nie tylko w ich „wizualności” np. podcinaniu gardeł czy ścinaniu głów i wsadzaniu ich na pale, ale i w brutalności myśli, zapędów i marzeń. W tym tomie niezłego potwora zrobił z siebie Theon Greyjoy. Dla mnie autor tak wiarygodnie stworzył jego postać, że odczuwałam autentyczną odrazę do następcy Tronu Żelaznych Wysp. Ten chłopak to także głos Martina o tym, kto nie będzie wielkim wojownikiem i nie może zostać wielkim władcą – głupota prowadzi w najlepszym przypadku tylko do przegranej, a w najgorszym do śmierci.
Pewna grupa osób wychowanych na tekstach o Rolandzie, rycerzach Okrągłego Stołu i innych znanych opowieściach rycerskich może kręcić nosem, inni powiedzieć – przynajmniej facet nie mydli nam oczu. Rycerze pojawiający się w „Starciu królów” odczarowują nam świat rycerskiego etosu, są tak samo okrutni i niewierni, jak nie bardziej, niż zbóje. Paradoksalnie wierniejszy jest „pies” (mowa o Ogarze służącym Joffreyowi) od pasowanych na rycerzy mężczyzn. Sam Sandor Clegane w swoich słowach nieustannie pluje na tą grupę społeczną, gardzi nimi, i nie chce być jednym z nich. Ale czy mamy przez to jeszcze bardziej nie nawiedzić postaci – Ogara? Nie, przynajmniej nie jest tak w moim przypadku. Jest boleśnie i przerażająco szczery. W tym świecie nie ma bohaterów znanych z pięknych historyjek, nie ma Florianów, o których opowieści od Starej Niani nasłuchała się w dzieciństwie Sansa Stark, a jedyny, który może zostanie jej wybawicielem – to pijak i w dodatku od pewnego czasy zdegradowany i odgrywający rolę królewskiego błazna. 
Polecam powieść. Najbardziej w tym tytule Martin przemówił do mnie mocnym zaakcentowaniem cienkiej granicy pomiędzy dobrem i złem oraz pokazaniem, że świat i ludzie nie są biało czarni, ale że my i wszystko wokół nas składa się z wielu odcieni różnych barw.

 

 

Informacje o Alice

Fall in love with writing...
Ten wpis został opublikowany w kategorii Przeczytane i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Starcie królów, G. R. R. Martin

  1. Onibe pisze:

    mocny tom, bardzo mocny
    ciekaw jestem wrażeń z kolejnych
    moim zdaniem po drugim tomie było już trochę gorzej, Starcie królów odnalazłem jako najciekawszą część cyklu (o ile pamięć mnie nie myli, a mylić może, bo czytałem Pieśni jakieś 8 – 10 lat temu, kiedy jeszcze o ekranizacjach mowy nie było, hehe)

    • Alice pisze:

      heh, 8 – 10 lat temu nie brałam w dłonie fantasy czy sf… wówczas poza poezją i prozą rosyjską nic nie widziałam /lub i nie chciałam widzieć.
      Jutro zaczynam kolejny tom, więc niedługo, w miarę możliwości czasowych napiszę jakie będą moje wrażenia;) Na ten moment mogę powiedzieć, że w tej sadze zrobiło się naprawdę ciekawie;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s