Bezgrzeszna, Gail Carriger

„Bezgrzeszna” był to prezent. Osoba, która mi ją podarowała chciała dobrze. Wiedziała bowiem, że zbieram powieści o wampirach, a owa książeczka, jak widnieje napis na okładce, miała być o „wampirach, wilkołakach i … mechanicznych biedronkach”… Choć w moich oczach okładka jest porażką, i to przez wielkie „P”, kojarzyła mi się z harlequinami. Opis z tyłu książeczki to coś naprawdę nieciekawego  i zarazem zapowiedź „dna” fabularnego. Nie chcąc robić przykrości osobie, która zrobiła mi prezent w postaci tej książki, otworzyłam powieść. Niestety skończyło się na chęciach. Ledwo, umordowana, dotrwałam do 54 strony. Ufff… Ani strony dalej. Była wręcz to rzecz historyczna dla mnie;d Do czytania książek podchodzę z szacunkiem. Jeśli już otwieram dany tytuł to staram się, szybciej lub wolniej, dotrwać do końca. Niestety w przypadku „Bezgrzesznej” nie wytrzymałam.
Z opisu na tylnej okładce: „Lady Maccon wraca do Londynu, gdzie rodzina bierze ją w obroty, a plotkarze na języki. Zostaje wyrzucona z gabinetu cieni, a jedyna osoba, która mogłaby wyjaśnić sprawę – czyli lord Akeldama, nieoczekiwanie znika jak kamfora. Na domiar złego ktoś napuszcza na nią mechaniczne biedronki, co dobitnie świadczy o tym, że wampiry chcą ją zabić – na śmierć. Podczas gdy lord Maccon postanawia się zapić, a profesor Lyall nie dopuścić do rozpadu pierwszej watahy Anglii, Alexia wyjeżdża z kraju na poszukiwanie templariuszy, którzy jako jedyni mogą rozwiązać zagadkę jej kłopotliwego położenia. Rzecz w tym, że mogą być gorsi niż wampiry, a do tego mają Pesto – i nie zawahają się go użyć”.
Niestety  wampiry, wilkołaki i do tego jeszcze niejakie mechaniczne biedronki pani Carriger okazały się dla mnie zabójcze. Tego się nie da czytać. Choć miałam w dłoniach sporo współczesnych amerykańskich powieści o wampirach i przeciętnie był to średni poziom średniej klasy powieści, ale „to coś” dla mnie jest czystym bełkotem i misz maszem. W tej książce są nawet templariusze obok panny w ciąży (z wilkołakiem), wampirów i cudacznych mechanicznych biedronek. Gatunkowo jest to połączenie powieści historycznej, romansu paranormalnego i steampunku. Czuć (a raczej cuchnie) wszystkie obecne tendencje pojawiające się w literaturze o wampirach i wilkołakach, wplątana jest w to także jakaś wiedza tajemna plus stylizacja, która razi i odpycha. To wszystko, to za wiele. 
Szczerze, od bardzo dawna wśród literatury popularnej, wśród tytułów, które zwykło się określać średniakami, nie czytałam tak złej powieści. Pomimo mojego zainteresowania literaturą wampiryczną nie byłam w stanie dobrnąć do połowy, a co mówić do zakończenia. Zabrzmi to okropnie, ale gdybym miała wybierać pomiędzy powieścią pani Gail Carriger i jej złotymi, niby zabawnymi, myślami a historycznym tekstem źródłowym dotyczącym użytej broni podczas jakiegoś powstania – wybrałabym to drugie.



Informacje o Alice

Fall in love with writing...
Ten wpis został opublikowany w kategorii Przeczytane i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s