Śniadanie z kangurami. Australijskie przygody, Bill Bryson

Australia jest w większości pusta i leży bardzo daleko. Mieszka tam stosunkowo mało ludzi, a rola tego kraju w sprawach świata jest marginalna. Australia nie organizuje zamachów stanu, nie trzebi zasobów ryb, nie uzbraja niesympatycznych despotów, nie uprawia koki w prowokacyjnych ilościach i nie rozpycha się bezczelnie łokciami. Jest stabilna, pokojowa i poczciwa. Nie trzeba jej obserwować, więc tego nie robimy. Ale zdradzę wam jedno: to jest nasza strata. Bo Australia to bardzo ciekawy kraj. Naprawdę. I właśnie to chciałem wam powiedzieć.
I udało mu się. Opowieść podzieloną na trzy części „Outback”, „Cywilizowana Australia” i „Australia kresowa” czytałam nie tylko czerpiąc z tego niesamowitą przyjemność, ale i znajdując wiele inspiracji do samodzielnego poznawania tego szóstego co do wielkości kraju i największej wyspy będącej jednocześnie kontynentem. Każda strona napisania jest ciekawie, z lekkością i osobliwym poczuciem humoru, miejscami z  całkiem pikantnymi żartami. To jedna z tych książek podróżniczych, które starałam się czytać jak najdłużej, aby zbyt szybko nie skończyć.
Jak wielu czytelników zaczęłam od zapoznania się z opisem widniejącym na tylnej okładce, (opis ten znajduje się także we wszystkich miejscach, w których reklamuje się ten tytuł): Bill Bryson kontynuuje radosną podróż po świecie, jak zwykle pełną przezabawnych zwrotów akcji. Tym razem za zadanie stawia sobie oswoić i zawojować Australię. Jadowite stworzenia czy surowy klimat tego kontynentu to tylko kolejne atrakcje wyprawy. Ta nieprzewidywalna i ekscytująca kraina szybko zdobywa jego serce. I trudno się dziwić! Ludzie są niesamowicie sympatyczni, radośni, ekstrawertyczni i niezawodnie pomocni. Miasta australijskie są bezpieczne, bezpieczne i prawie zawsze zbudowane nad wodą. Społeczeństwo jest zamożne i dobrze zorganizowane. Jedzenie jest znakomite, piwo zimne, słońce zawsze świeci, na każdym rogu można dostać kawę… Czego jeszcze chcieć od życia? Przynajmniej mnie na tyle zaciekawiło, że od razu otworzyłam książkę i zaczęłam czytać.
„Under down”, bo tak brzmi oryginalny tytuł „Śniadania z kangurami. Australijskich przygód” Billa Brysona, wydano już 12 lat temu (2000), polskie tłumaczenie mamy sprzed roku (czyli po 10 latach!), a ja sama odkryłam tego niesamowitego podróżnika, pisarza i dociekliwego człowieka – Brysona – w grudniu 2011 roku. Dość późno, ale jak to się mówi: lepiej późno niż nigdy.
Przede wszystkim podoba mi się sam styl pisania Billa Brysona, połączenie lekkości z erudycją i humorem. Po lekturze nikt temu panu nie odmówi, że wie o czym mówi i potrafi napisać tak, aby rozłożyć nas na łopatki swoimi spostrzeżeniami i żartami.
A mówi, a raczej pisze na pierwszy rzut oka o tym,  jak przebiega i układa się jego podróż, a w tej nie brak wielu zabawnych perypetii. Kiedy coraz bardziej zagłębiałam się w historie opisywane przez Brysona uświadomiłam sobie, że ten gość po prostu chce mi pokazać Australię taką jaką jest, taką jak ją postrzega – bez wygładzania czy pompatyzmu – za co plus.
Jest to więc kraj przeróżnych opowieści o florze i faunie, a z drugiej stronie o „pięknej cywilizacji” i niesamowicie przyjaznych ludziach.
Duża część wypowiedzi Billa Brysona poświęcona jest zagrożeniom jakie czyhają na nasze życie. W żadnym innym miejscu na ziemi nie żyje tak wiele stworzeń, które mogą zabić – pisze. Dowiaduję się więc, że żyje sobie tam dziesięć najbardziej jadowitych węży, kubomeduza (stworzenie, które mnie bardzo zaciekawiło), ośmiornica prążkowana, kleszcz Ixodes holocyclus, ryba szkaradnica. Uff… Tylko, że ze słów Brysona wynika, że Australijczycy tak się przyzwyczaili do tych wszystkich zabójczych istot, że wydaje się, iż nie zawracają sobie nimi zbytnio głowy, w przeciwieństwie do niego samego…. Szybko jednak dodaje, że nie jest tak do końca, tamtejsi ludzie po prostu wiedzą, że trzeba uważnie czytać tabliczki (co nie zawsze dotyczy turystów…) czy czego należy unikać, np. na plaży w Qeenslandzie nie warto dotykać pewnych muszelek bowiem można zostać dotkliwie poparzonym.  Tak więc autor „Śniadania z kangurami” rysuje nam kraj, który z jednej strony jest pełen niezwykłej flory i fauny (wbrew pozorom to nie kangury a dżdżownica australijska mnie najbardziej zaintrygowała…), a z drugiej jest to wciąż dziki i niebezpieczny świat, szczególnie dla nieświadomych zagrożeń. Miejsce na Ziemi, które warto zobaczyć.
Australijskie przygody Brysona to także dużo faktów i anegdot o takich znanych miejscach jak Wielka Rafa Kolarowa, Ayers Rock (Uluru), Kings Park czy najbardziej znanych metropoliach świata jak Sydney czy Melbourne, Canberra oraz takich miasteczkach jak np.: Darwin, Perth, Brisbane czy o słynnym Adelaide.
Znajdziecie tu także opowieści o australijskim outbacku, dowiecie się kim są bushrangers czy co to i, gdzie jest Tree Top Walk.
Bryson próbuje także zmierzyć się z australijskim systemem politycznym, zrozumieć go, co mu (ani mi również po zapoznaniu się z faktami) wychodzi niezbyt dobrze, a przynajmniej nie da się uciec od przeświadczenia, że Australijczycy są co najmniej dziwni w tej kwestii. Bardzo miłym zaskoczeniem było wprowadzenie w treść podróży i opowieści o niej nazwisk słynnych polityków. Chyba nigdy nie czułam się równie zielona, jak przy zapoznawaniu się z wymienianymi przez Brysona premierami Australii i ich „osiągnięciami” (przy okazja dowiedziałam się, że nasi polscy politycy nie zaliczyli wielu „niesamowitych” i „interesujących” z punktu widzenia filologicznego – słów;d).
Pojawiają się też nazwiska takie jak: John Gunther – bardzo znany autor książek i artykułów podróżniczych czy John McDouall – najbardziej znany australijski podróżnik.
Autor „Śniadania z kangurami” nie zapomina także o Aborygenach. Nie stara się tutaj mądrzyć czy dawać złotych rad Australijczykom jak zmienić ich sytuację, a po prostu pokazuje jak niewidoczni są w tamtejszym społeczeństwie. Przywołuje słowa, które mocno zapadły mi w pamięć, irlandzkiej badaczki Daisy Bates (prowadziła badania w Australii): Australijski tubylec potrafi znieść wszystkie przeciwności natury, mordercze susze i straszne powodzie, długotrwały brak wody i żywności, ale nie potrafi znieść cywilizacji.
Oraz wiele, wiele innych historii, które czytałam z wielkim zainteresowaniem i przyjemnością.
Książka ma da minusy w moim odczuciu. Pierwszy – dwa lub trzy rozdziały zostały jakby na siłę „wepchnięte” do niej, rozbijając rytm historii z podróży po Australii Billa Brysona. Drugi – momentami miałam wrażenie, że autor próbuje ze zbyt wielu puzzli ułożyć nam „układankę” o „bujnej i kolorowej” wyspie.
Duży plus tej pozycji z mojego punktu widzenia – to wiele faktów czy historii, których wcześniej nie znałam i nie słyszałam o nich.
Australia w opowieściach Billa Brysona to kraj sympatycznych ludzi, nowoczesnych metropolii,  rozległych pustkowi. To miejsce, które zaskakuje cię na każdym kroku (np. Uluru stoi na pustyni od stu milionów lat. Jedźcie tam ludzie – pisze). Wyspa, na której czyha na każdym kroku wiele niebezpieczeństw, ale i cudów natury.

Informacje o Alice

Fall in love with writing...
Ten wpis został opublikowany w kategorii Przeczytane i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s