Klub Bang Bang

Słowem wstępu
„Bang Bang Club” to nazwa odnosząca się do czterech fotografów wojennych pracujących na terenie RPA w latach 1990 – 1994 ( rozpad apartheidu). Byli to: Kevin Carter, Greg Marinovich, Ken Oosterbroek, and João Silva. Okres ich działalności to liczne walki pomiędzy ANC (African National Congress) i IFP (Inkatha Freedom Party). Fotografowie nie nadali sobie sami tej nazwy, przylgnęła do nich od artykułu w magazynie „Living” zatytułowanym „The Bang Bang Club”, o czym jest mowa w filmie.
Film powstał na podstawie wspomnień spisanych w książce „The Bang-Bang Club: Snapshots from a Hidden War” autorstwa Grega Marinovicha i Joao Silvy (http://www.amazon.com/Bang-Bang-Club-Snapshots-Hidden-War/dp/0465044131).
„Klub Bang Bang”
W czym tkwi porażka tego filmu? Bo niewątpliwie taką poniósł. Przynajmniej w moim odczuciu.
Temat ciekawy, jak nie bardzo ciekawy. Grupa zaprzyjaźnionych fotografów wojennych i ich losy z ukazaniem wycieńczenia psychicznego jakie niesie ze sobą ta profesja. Akcja osadzona na terenie RPA w latach 1990 – 1994, kiedy apartheid chylił się ku upadkowi, i w końcu upadł.
Po pierwszym seansie „Klubu Bang Bang”odniosłam wrażenie, że reżyser „chcący lub niechcący” ukazał ich pracę jako „sport ekstremalny na haju”… Oczywiście praca fotografa wojennego to jeden z najbardziej niebezpiecznych zawodów i niewątpliwie można go podpiąć pod „sporty ekstremalne”, bo robią to ludzie z własnej i nieprzymuszonej woli, a do tego muszą mieć określone predyspozycje do pracy, gdzie każdego dnia widzi się krew i śmierć. Niemniej w moim odczuciu sposób pokazania pracy tych czterech fotografów był stąpaniem po cienkim lodzie. Bo oto mamy zabawę „szaleńców” biegających wśród ludzi, którzy za chwilę będę lub są już trupami. Pstryk – pstryk. A potem pub, piwko, laska, seks, narkotyki. Wyszło to w filmie jak zabawa z aparatami przystojniaków i zbijanie kasy na krzywdzie. Pomimo kilku zdań o etyce moim zdaniem ich „etyczność”, przynajmniej nie w przypadku każdego z nich, nie obroniła się na ekranie. W tym świecie początkiem i końcem drogi jest etyka, której nie zawsze łatwo można się doszukać w postępowaniu fotografów, których obserwujemy na ekranie. I nie dlatego, że byli to ludzie pracujący nieetycznie, ale ze względu na nieprzemyślaną warstwę filmu, w której słyszymy ich rozmów po pracy.
Niestety film nie zrobił na mnie dobrego wrażenia. A sceną, którą do dziś pamiętam jest ta, w której główną rolę „zagrała” Coca Cola na polu walki… Do dziś dnia mam uczucie, że ten film niepotrzebnie ugładzono, podkreślono nie to, co trzeba, i „zabito” głupimi dyskusjami w barze po każdym wyjściu w miasto. Choć chciano tam przemycić humor rozładowujący napiętą atmosferę wyszedł z tego obraz średni i do tego stawiający profesję fotografa wojennego w złym świetle.
Jakby było tego mało muzyka okazała się totalną klapą. Rozłożyła na łopatki wiele scen, nie współgrając z emocjami i ciężarem tematu, czyniąc z nich szajs.
Do tego obsadzenie w roli Grega – Ryana Phillipee’a było w moim odczuciu następnym błędem. Aktor – dosłownie – serwuje przez cały seans jedną minę. Poza tym, że przyjemnie się na niego patrzy nic nie wnosi swoja grą. O niebo lepiej poradził sobie Tylor Kitsch, którego osobę i piękny akcent wiele pań może pamiętać z „Paktu milczenia” czy „X-Men. Geneza”. W „Klubie Bang Bang” wcielił się w rolę Kevina Cartera, który nie wytrzymuje presji zawodu i kończy odebraniem sobie życia.
Nie wiem czy takie filmy jak „Klub Bang Bang” przynoszą więcej pożytku niż szkody. W końcu zabierając głos w tak poważnych sprawach (walki ANC i IFP, apartheid) i o takich zawodach jakim jest fotograf wojenny należy być ostrożnym i mądrze ważyć każde słowo i  wymyślać kolejne sceny.
Niestety pewnie nie jestem odosobniona w poczuciu, że był to tytuł o czterech przystojnych gościach biegających z aparatami wśród trupów, a potem obgadujących ilość i jakość fotek przy piwie. Na pewno twórcom nie udało się naświetlić tego obrazu w świetle świętej matki etyki. Wielkim minusem jest także słaba muzyka i równie słaba rola Ryana Phillipee’a. Warto zobaczyć, ale lepiej nie mieć dużych oczekiwań.
premiera: 2010,
reżyseria: Steven Silver

Informacje o Alice

Fall in love with writing...
Ten wpis został opublikowany w kategorii Po seansie i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Klub Bang Bang

  1. Nie oglądałam, ale patrząc na aktorów, to można się było tego („tytuł o czterech przystojnych gościach biegających z aparatami wśród trupów, a potem obgadujących ilość i jakość fotek przy piwie”) spodziewać ; )

    Pozdrawiam!

    • Alice pisze:

      Nie miałam wygórowanych oczekiwań względem tego filmu, ale naprawdę sądziłam, że będzie lepszy. I ta muzyka, dla mnie katastrofa.
      Pozdrawiam serdecznie;)

  2. Onibe pisze:

    aktorzy jednej miny to ostatnio jakaś plaga
    a najgorzej jest, jeśli połączy się takich geniuszy z ledwo pozlepianym scenariuszem…
    tutaj, jak widzę, podobna sytuacja ;-)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s