Drive, reż. Nicolas Winding Refn

Tym razem postanowiłam napisać słów kilka o filmie „Drive”. Dlaczego? Bo wydaje się być przepustką do mainstreamu dla Ryana Goslinga, i to na jego warunkach.
Pozwolę się cofnąć w czasie do roku 2004. Gosling wciela się w postać Noaha w melodramacie  „Pamiętnik”. Rola przynosi mu popularność. Jednak kolejne filmy, i co za tym idzie jego wybory, to nie denne komedie romantyczne czy płaskie superprodukcje, a ciekawe filmy niskobudżetowe, tj.: „Szkolny chwyt” czy „Miłość Larsa”. Konsekwentnie wybierał bohaterów interesujących dla niego jako aktora i dla nas jako widzów, począwszy od Danny’ego w „Fanatyku”, poprzez Dana w „Szkolnym chwycie” czy Deana w „Blue Valentine”. Do 2011 roku, kiedy ma miejsce światowa premiera filmu „Drive” można go było zobaczyć w około 11 filmach, w tym raz był nominowany do Oscara za rolę w „Szkolnym chwycie” (2006). I choć każdy miłośnik kina kojarzy tego Kanadyjczyka z niezapomnianej roli w „Fanatyku” (2001) do zeszłego roku ten aktor praktycznie nie istniał w świadomości przeciętnego widza. Nawet bardzo dobra kreacja Deana w „Blue Valentine” (2010), gdzie swoją drogą z Michelle Williams stworzyli świetny filmowy duet, zdaje się, że nie miała takiego znaczenia jak udział w projekcie o nazwie „Drive”.
Śledząc komentarze, czytając recenzje i przysłuchując się opiniom wielu ludzi zauważyłam, że jego rola w tym filmie oceniania jest diametralnie różnie. Jedni wynoszą go pod niebiosa, inni mieszają go z błotem. Zastanawiałam się skąd taka rozbieżność zdań. I chyba nic lepszego nie wymyślę poza tym jeśli powiem, że zapewne miał na to wpływ sposób kreacji postaci jaki wybrał. Zagrał bardzo wyraziście, ale z taką jak to się mówi pozą, a dla innych był zwyczajnie sztuczny. Tylko, że dla mnie ten film bez Ryana Goslinga i jego magnetyzującej kreacji, rzeczywiście po trochu stworzonej jakby na pewną pozę, nie byłby takim samym filmem (dla porównania wyobraźmy sobie w tej roli H. Jackmana, który początkowo miał zagrać kierowcę). Obok muzyki i formy zewnętrznej właśnie Gosling jest przysłowiową wisienką na torcie. Ma na koncie lepsze filmy, ale tutaj nie można od niego oderwać oczu (jest tylko on, auto i muzyka lecąca w radio), czyli udało mu się to, na co pracował ponad dziesięć lat w wielu głębszych i o wiele wyżej stojących fabularnie filmach.
Zaproszenie do projektu „Drive” duńskiego reżysera Nicolasa Winding Refna okazało się strzałem w dziesiątkę. Wśród zeszłorocznych filmów to jeden z najbardziej klimatycznych, zmysłowych i najsmaczniej opakowanych, oczywiście to moja subiektywna opinia. Świetna oprawa muzyczna z pobrzmiewającym w tle electropopem, gdzie słowa piosenek idealnie wpasowano do sytuacji rozgrywającej się na ekranie. Do tego ciekawe zwolnienia niektórych scen, jakby były przetwarzane przez naszą świadomość. Plusem są piękne zdjęcia LA nocą i rola światła w wielu scenach, kiedy wpada w kadr i rozjaśnia obraz. Najlepsza i zarazem najbardziej brutalna to scena w windzie, w końcówce filmu. Do tego przyjemnie patrzy się na Ryana Goslinga za kierownicą Chevy Malika rocznik 1973, który niczym bohater filmów z lat ’80 przemierza ulice swojego miasta. Refn przekonał mnie do tego tytułu także tym, że na pierwszym planie znajduje się jego bohater /bohaterowie, a nie sama akcja.
W moim odczuciu jest to świetny film jeśli chodzi o nastrój i wszystko to, co związane jest z jego opakowaniem plus gra aktorska (Carey Mulligan wypada uroczo). Mówiąc  natomiast o fabule jest ona najzwyczajniej w świecie płytka, sztampowa i przewidywalna przez co film traci na swojej wartości. Według mnie „Drive” miał w sobie o wiele większy potencjał, którego nijak nie wykorzystano. Sama postać kierowcy jest niezwykle frapująca. Człowiek z maską spokoju i opanowania. Facet, na którego patrząc można prawie się w nim zakochać, zrobi wszystko dla „tej” dziewczyny. A jednak ta twarz skrywa zimnokrwistego psychopatę (chociażby brutalna scena w windzie), który wręcz zatraca się w złu. Tylko, że nie ma tu ani jednej sceny, która mogłaby powiedzieć nam i zarazem wyjaśnić dlaczego jest taki jaki jest, a tym samym wywindować film na pozycję historii o czymś głębszym, aniżeli o przystojnym mężczyźnie, jego samochodzie i miłości do niewłaściwej kobiety. Nie ma ani zdania czy pytania, które zostawiło by mnie jako widza z czymś do przemyślenia. Obejrzałam po prostu smakowicie zrealizowany film o facecie stojącym na cienkiej linii pomiędzy tym co nazywamy romantyzmem i okrucieństwem. Totalnie rozczarowało mnie zakończenie, kiedy kierowca pozwala się dźgnąć. Aż ciśnie się na usta – jak to możliwe, aby ten inteligentny gość tego nie przewidział?
Życzyłabym sobie więcej tak zmysłowo i znakomicie zrealizowanych jeśli idzie o formę filmów. Jednak dobre kino to nie tylko opakowanie, ale i to o czym jest film. I tutaj minus za fabułę, która próbowała trochę upozować się na kino o czymś głębszym, choć nie było tam niczego takiego oprócz wysunięcia bohaterów zamiast akcji na pierwszy plan. Ale i tak jest to jeden z moich ulubionych filmów produkcji USA z 2011 roku.

Informacje o Alice

Fall in love with writing...
Ten wpis został opublikowany w kategorii Po seansie i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s