John Carter, reż. Andrew Stanton

Oczekiwania to często sprawny i cichy morderca. A powinnam była się nauczyć przykładami z przeszłości, że tak będzie. 300 amerykańskich baniek wpakowanych w produkcję „Johna Cartera” nijak przekłada się na efekt „WOW!” po seansie. Zamiast rozrywki na najwyższym poziomie czułam rozczarowanie. A wiecie co było najgorsze? To, że wszystko było „takie sobie”, co jest „zabójstwem” dla filmu. 
Proza Edgara Rice’a Burroughsa paradoksalnie jedna z wcześniejszych (1912), która pokazuje takiego „b”ohatera jak John Carter, wprowadzona dopiero teraz na ekran, fabularnie nie pokazuje DZIŚ nic nowego. Choć zapewne to postać Burroughsa była inspiracją dla innych twórców, oceniając to co widzieliśmy już na wielkim ekranie, nie zwala nas z nóg. Do tego filmowi nie przysłużył się scenariusz, sceny są w wielu miejscach najzwyczajniej rwane.
Nawet patrząc na aktorów nie wpłynęli pozytywnie na moje odczucia. Taylor Kitsch nie ma ani takich zdolności aktorskich, ani siły i magnetyzmu, które mogą porwać. Nie odmówię mu pewnego uroku osobistego, interesującego głosu czy ładnej buzi, ale i tak nie kupuję go jako superbohatera. Jak to mówi mój sąsiad „jest za cienki”. Rozczarowałam się także Lynn Collins, która potrafiła mnie tyle razy zachwycić już tylko samym pojawieniem się na ekranie. Do tego jako para Taylor (John Carter) i Lynn (Dejah Thoris) nie sprawili, aby chwyciło mnie za serce, jakoś było to takie plastikowe.
Film za 300 amerykańskich baniek w tej kategorii gatunkowej (science fiction, przygoda) powinien być przeżyciem porównywalnym do tego, kiedy byłam małym dzieckiem i siadając w kinie podziwiałam „Park jurajski” Spielberga. Powinien być rozrywką na miarę swoich czasów i przebijać wszystko to, co jest za nim. „John Carter” nie jest nim, wyszło tak sobie – średnio – stąd oceniam go na 5/10.

Informacje o Alice

Fall in love with writing...
Ten wpis został opublikowany w kategorii Po seansie i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

16 odpowiedzi na „John Carter, reż. Andrew Stanton

  1. Onibe pisze:

    to jedna z tych historii, które po prostu się zestarzały. Tak jak np. „Trylogia kosmiczna” C.S. Lewisa czy „Podróż do wnętrza ziemi” Verne’a. Choć, ta ostatnia przynajmniej daje radę w wersji literackiej… i oby taką pozostała ;-)

    • Alice pisze:

      No zestarzała się, zestarzała. Chociaż uważam, że oni ten film sknocili. Odnoszę też wrażenie, że dzisiaj jak robią coś w 3D lub pod te technologie to myślą sobie, że już „efekt” wystarczy. A tak nie jest. Zrobili do bólu średni film, a przy takiej kasie jaką mieli powinno to błyszczeć się w każdym calu. I jak widać dzisiejsza rozrywka nie stoi na najwyższym poziomie.
      „Podróż do wnętrza ziemi” Verne’a uwielbiam, i nawet jeśli mowa o tej wersji filmowej z Fraserem – to jako takie kino familijne, aby usiąść z rodzinką i popatrzeć na adaptację powieści spełnia swoją funkcję, i broni się.

      • Onibe pisze:

        dzisiaj jest tak, że scenariusz do filmu pisze grupa ludzi. Korzystają często z gotowców, mają powiedziane co się najlepiej sprzedaje itd. Do tego dochodzi przymus technologiczny. Najważniejsze w filmie jest to, że ma 3d, że jest multum efektów specjalnych. Dopiero do tego dokleja się resztę…

      • Alice pisze:

        ja to tylko tak podpatrując się temu, co dzieje się ze scenariuszami i jak wyglądają filmy (które mają być podawane nam jako rozrywka) zastanawiam się, kiedy ten okręt zatonie. Bo do jasnej ciasnej widz nie zawsze to erudyta, który kino zna na wylot, ale w końcu też i nie debil. Jeszcze „John Carter” ujdzie w tle, bo w końcu nie jest aż taki zły, po prostu boleśnie średni jak na takie pieniądze i możliwości. Ale np. „Podróż na tajemniczą wyspę” jest dla mnie najlepszym tego przykładem jak robi się dno i chce się jeszcze na nim zarobić. Dzieci na seansach były zawiedzione… A ja…? Scenariusz tego filmu aż prosi się o pomstę do nieba. Nie dość, że wiele tekstów rżnęli żywcem z „Podróży do wnętrza ziemi”, to do tego wszystko jest tam tandetne, infantylne i płaskie. Uwielbiam dobre filmy przygodowe, ale tutaj przysypiałam, chciałam rwać włosy z głowy i pukałam się w czoło. Do tego aktorzy… Po prostu standard amerykański – buzie, które nie potrafią grać, albo zawsze takie same. Jedyny plus tego filmu to Caine na ekranie. Ten film jest przykładem tego, do czego dąży dziś kino amerykańskie – szmirę opakowują nam w 3D i myślą, że będziemy skakali z radości… Patrząc na to, co dzisiaj dzieje się na dużym ekranie, z filmami dla mas, myślę, że coraz więcej ludzi po prostu będzie szukało czegoś lepszego… a tym samym wielcy produkcyjni mogą się przysłużyć kinu autorskiemu czy niezależnym produkcjom

      • Onibe pisze:

        ja jestem pesymistą: ludzie chodzą na wspólczesne filmy i są nimi zachwyceni. To oznacza, że jednak udział debili jest większy niż nie-debili. Gdyby widzowie en masse byli rozczarowani tym chłamem filmopodobnym, to zagłosowaliby portfelami. Nie głosują bo lubią to co dostają. A co dostają? Coś przy czym można spokojnie zjeść popcorn, a zarazem mieć jakże radosną świadomość, że uczestniczy się w procesie celebracji kultury…

      • Alice pisze:

        w tym, co mówisz masz rację. Niemniej wydaje mi się, że jeszcze ludzie też nie potrafią zrozumieć, że można iść do kina na coś co będzie rozrywką, a nie będzie trąciło infantylnością, tandetą i żenadą. A skoro nie ma protestów widzów to ci, co tworzą zmrowili się, że wszystko można dziś sprzedać, wystarczy dobre promo i kasa w PR przed wejściem na ekrany. Może z czasem przeciętny widz na tyle dojrzeje, że powie nie. I jak film będzie kiepski nie wyda na bilet

      • Onibe pisze:

        ale czemu widz miałby dojrzeć? Musiałby mieć motywację. A ta, która jest, działa odwrotnie: reklama wkręca do mózgu info, że wszystko jest super. Wszyscy wokół zadowoleni. To spektakl, w którym tylko okreslone jednostki nie chcą uczestniczyć.

      • Alice pisze:

        dojrzeć do tego, że te ok. 25 zł za bilet można zainwestować tak samo w rozrywkę z tym, że lepszą. Niestety reklama ma wielką siłę. A wszelkiej maści sposoby na wkręcanie przeciętnego zjadacza chleba w „coś” dziś już czymś w stylu społecznej hipnozy. Problem jest taki, że Ci co „mają władzę i zajmują się produkcją filmów, zresztą tyczy się to do innych dziedzin, tworzą modę – a dzisiejsze społeczeństwo jest uczulone na te słow, bo jak ktoś nie będzie modny, nie będzie robił tego, co wszyscy… tak chyba działa ta maszynka, którą wszyscy napędzają, płacącąc za coś, co nie jest tego warte

      • Onibe pisze:

        dobrze to ujęłaś: wiąże się to z modą i byciem modnym. Tak samo zobacz jak się ma sprawa z telewizją: polska tivi puszcza od dekady te same filmy, ludzie narzekają i… pokornie je oglądają. Była nawet jakaś jazda w temacie Kevina samego w domu – że niby był protest społeczny, a potem okazało się, że film puszczany co roku miał rekordową oglądalność ;-). Słowem: niewiele trzeba ludziom. Bardzo niewiele. To się mści na tych, którzy jednak mają jakieś gusty…

      • Alice pisze:

        odnośnie tego co piszesz o pl tv i narzekania, które nie rodzi zmian. Wg mnie to taki klasyczny przykład jacy jesteśmy. Wszyscy dookoła narzekają, ale nikt nic nie robi, albo wykrzykiwane jest coś publicznie i głośno, ale czyny potem temu zaprzeczają. Jest źle, nie podoba mi się, nie spełnia to moich oczekiwań, ale nie mam zamiaru ruszać się z fotela, będzie co ma być. Lepiej dostosować się do tego, co jest, czyli obejrzeć co tam nam z góry dają. Po co się pocić i pisać petycje, czy co gorsze jak żyć godzinę bez tv. Poza tym chyba statystyczny człowiek nie docenia władzy jaką ma jego głos w połączeniu z innymi, nie jest świadom, że producent tv czy filmowy jest zależny od nas, to nie bóg. Jak nie ma oglądalności program spada, film nie zarabia na siebie i przy kolejnym muszą myśleć, dlaczego?, a to rodzi zmiany. I moim zdaniem właśnie na tej bierności ludzi, ich „niechceniu” czatuje tv czy produkcyjniaki kinowe. Ostatnio gdzieś, niestety nie pamiętam już gdzie, czytałam jak ktoś mądrze napisał odnośnie dorabiania się celbrytów polskich i ich luksusowego życia. Wszyscy narzekają na Dodę, krytykują Górniak, wyśmiewają Wojewódzkiego, ale jednocześnie „ci wszyscy” płacą za bilety na koncerty tych ludzi, oglądają ich programy, kupują ich produkty. A przecież wystarczy nie kupi płyty, nie pójść na koncert czy nie włączyć tv, aby powiedzieć, nie kupuję tego, w ten sposób nie sponsorując im luksusowego życia. Swoją drogą jak jesteśmy przy temacie – mnie już totalnie rozwaliły polsatowskie „Pamiętniki z wakacji” czy ten nowy program Wolińskiego i Tyszki na TVN… nie wiem o kim to już gorzej świadczy – o tych, co to produkują, czy o tych, co z ciekawości włączają tv i to oglądają…

      • Onibe pisze:

        u mnie opór wobec tego stanu rzeczy doprowadził do bardzo prostego rozwiązania: nie mamy w domu telewizji. Telewizor owszem, jest, ale podłączony do kina domowego. Nie oglądamy wiadomości, seriali, telenowel i odgrzewanych kotletów, z czego jesteśmy bardzo szczęśliwi. Ale większość ludzi puka się w czoło i patrzy na nas jak na jaskiniowców. My, ze swojej strony, patrzymy na resztę świata jak na jaskiniowców. No bo przecież: jest internet, laptopy, komputery, smarftony itd, a my się twardo trzymamy archaicznej, nudnej na wskroś telewizji… masakra jakaś ;-)

      • Alice pisze:

        Prawda jest taka, że nic nie tracicie na tym, że nie macie telewizji. Ja akurat mam w domu 300 kanałów, z tego korzystam jedynie z HBO i kanałów, które są domową wypożyczalnią filmów. Fajna sprawa, zamawiam sobie filmik na konkretną godzinę, i już;)

      • Onibe pisze:

        pay-per-view? Słyszałem o tym w czasach, kiedy jeszcze telewizję miałem, ale rzecz była dopiero w powijakach. To mi nawet pasuje – jest to metoda obejścia systemu, który jest śmieszny, czyli „oglądaj film wtedy, kiedy się dyrektorowi programowemu zachce”. Pomijam kwestię reklam…

      • Alice pisze:

        To przyszłość nowoczesnej telewizji, szczególnie kanałów filmowych. Dla mnie to świetna propozycja, bowiem oglądam wtedy, kiedy mam na to czas i ochotę. Oczywiście nie wspominając o reklamach, których nie ma;D

      • Onibe pisze:

        ja ze swojej strony, z uwagi na brak innych możliwości, rozbudowałem filmotekę dvd. Płyty już nie mają się gdzie mieścić, gorsze filmy tracą prawo do posiadania dvd-boxów i leżą w tubach ;-). Swoją drogą, kupowanie filmów uczy pewnej staranności, której nie ma się będąc telewidzem. Wiadomo: różne są taktyki ;-)

      • Alice pisze:

        też mam swoją domową filmotekę DVD, ale jeśli chodzi o nowości to często właśnie chętnie korzystam z telewizyjnej biblioteki filmów na zamówienie. Najbardziej w kupowaniu filmów do swojej kolekcji lubię poszukiwania czegoś nowego. To już dla mnie frajda sama w sobie;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s