City Island, reż. Raymond de Felitta

Jaki jest wasz największy sekret?
Komedie obyczajowe nie są moim ulubionym gatunkiem więc z dystansem podchodziłam do „City Island”. Tym bardziej moje wrażenia były pozytywne, że nie tylko podczas seansu wiele rzeczy było na plus, ale już po nim samym zostało ze mną coś pozytywnego <ale nie dającego się do końca nazwać, takie coś, co tak miło łechcze i jest nam dobrze> a w głowie kłębiło się kilka myśli na czele z pytaniem – jaki jest mój największy sekret? <a Wasz?>
Miejsce akcji
Nowy Jork to jeden z 50 stanów w USA. W jego skład wchodzi 5 okręgów, w tym Brooklyn. To właśnie tam, a dokładniej mówiąc w starej wiosce rybackiej o nazwie City Island rozgrywa się główna część akcji. Dla Amerykanów, tym bardziej dla mieszkańców NY, ta część ich ukochanego miasta jest dobrze znana. Dla wszystkich „innych” już niekoniecznie. Więc w chwili, kiedy skojarzyłam tytuł filmu z miejscem akcji byłam niezwykle pozytywnie zaskoczona. Według mnie to oryginalne i ciekawe miejsce, w którym można ulokować fabułę filmu. Od pierwszych minut zanotowałam w głowie pierwszy plus.
Opis fabuły
Vince Rizzo pracuje jako strażnik więzienny. Jego spokojne, choć pełne zakłamania życie, zmieni się gdy na jego drodze stanie Tony Nardalla, młody złodziej samochodów, który starać się może o zwolnienie warunkowe jeśli… przygarnie go do domu Vince Rizzo. Dlaczego właśnie on? Okazuje się, że Tony Nardallo to jego nieślubny syn, o którego istnieniu rodzina nie ma zielonego pojęcia. Zaś kontrola ze strony rodziny to jedyna szansa na warunkowe zwolnienie.  
W moim prywatnym odczuciu reżyserowi udało się opowiedzieć historię bez sztucznego napompowania i smarowania wszystkiego wazeliną, co niestety często obserwuję w komediach, które miałam okazję obejrzeć.
Historia jest prosta, ale dobrze opowiedziana. Nie ma wydumania i przedumania, którego wprost nie znoszę.
Na pierwszym planie mamy więc szaloną i rozwrzeszczaną rodzinkę Rizza. Równolegle wkrada się do niej Tony. Żeby nie psuć seansu tym, którzy dopiero mają go przed sobą, nie będę zdradzała tutaj szczegółów, dodam tylko, że pojawienie się Tony’ego w życiu Rizza wywróci je do góry nogami. No może nie całkiem, ale namiesza…
Skoro mowa o bohaterach i aktorach…
W postać klawisza, czyli strażnika więziennego Vince’a Rizza wcielił się Andy Garcia. Rola naprawdę robi wrażenie. Dlaczego? Bo przekonał mnie od początku do gońca do swojej postaci. Zagrał  świetnie. A Vince to facet, który na co dzień pracuje w więzieniu i ukrywa przed żoną i rodziną swoją pasją. Skrywa się do tego stopnia, że woli być posądzany o zdradę niż niezrozumiały czy wyśmiany przez najbliższych.
Pewnego dnia poznaje kobietę o imieniu Molly i daje sobie szansę na spełnianie marzeń <ale cały czas nie wierzy, że można je spełnić – popatrzcie na jego mimikę twarzy, spojrzenia, sposób mowy>. W tej roli pojawiła się Emily Mortimer. Wypadła uroczo. Naprawdę interesującą postać i równie interesująco zagrana. Jest dobrym duszkiem czuwającym nas Vincem, ale praktycznie do samego końca skrywa swoją tajemnicę.
Jest i żona Rizza – Joyce – w tej roli Julianna Margulies. Patrząc na nią odnosi się wrażenie, że jej jedynym obecnym celem jest robienie wszystkiego na złość mężowi. Generalnie oboje zamiast siebie słuchać wolą krzyczeć i spędzać czas osobno. Kryzys małżeński…? Chyba nie… Ktoś powiedział kiedyś, że kto się lubi ten się czubi… De Felitta wziął na tapetę tematy takie jak małżeństwo i rodzina. Niby wszyscy żyją pod jednym dachem, a tak naprawdę nic o sobie nie wiedzą. Zabawny jest wątek papierosów, wszyscy udają, że ich nie palą, a podpalają sobie w tajemnicy. Także wszyscy z nich szukają i pragną akceptacji ze strony bliskich <pasja, upodobania, praca>. Tylko, że nikt z nikim szczerze o niczym nie rozmawia…
Syn Rizza Vince Jr. – w tej roli Ezra Miller – oczywiście też nie może być przeciętnym nastolatkiem. Może i jest, ale na pewno nie jego zainteresowania. Ma nietypowy fetysz. Jakby wam to powiedzieć… lubi karmić kobiety… Resztę kto nie oglądał filmu niech zobaczy na własne oczy. Naprawdę zabawny wątek.
Jest jeszcze córka – Vivian – w tej roli Dominik Garcia-Lorido. Wiecie co robi dziewczyna, która przerwała studia i nie powiedziała o tym rodzicom? To jej tajemnica. Nie zdradzę jej tu także.
Jak widzicie kłamstewek, tajemnic i niedopowiedzeń w tej rodzinie jest bez liku. Są narwani, głośni, ale i zabawni.
A i pojawia się Tony, w którego wcielił się Steven Strait. Wątek z nim jest o tyle zabawny, że ten, który siedział w więzieniu jest z nich najszczerszy i dotrzymuje danego słowa. Patrzy się na niego trochę zabawnie, bo jak na więźnia paradoksalnie jest spokojny, miły i bardziej normalny niż cała rodzinka Rizzo razem wzięta. Oczywiście pojawia się w ich życiu nie przez przypadek. Tych nie ma. Jego postać jest kluczowa. Kiedy napięcie sięgnie zenitu to on stanie się tym, który doprowadzi do antycznego oczyszczenia w rodzinie Vince’a.
Podsumowując; na aktorów nie patrzy się tylko przyjemnie, ale i można podziwiać ich grę (A. Garcia, E. Mortimer). Scenariusz jest prosty, ale dobrze przemyślany. Między wersami nie ma głuchej ciszy, ale prześlizgują się pytania i myśli o rodzinie, naszych sekretach, przyjaźni, relacjach z bliskimi, życiu i przede wszystkim o dążeniu do spełniania marzeń. Jak na komedię to wg mnie naprawdę dobrze (oczywiście reżyser operuje pewnymi skrótami, ale można to przeboleć)!
Porozmawiajmy szczerze…
Ciekawym wątkiem filmu są także spotkania Vince’a i Molly, którzy mają przygotowywać się wspólnie do zajęć, na które oboje uczęszczają, a których nie mogłam tutaj pominąć. Ich rozmowy <prowadzone na spokojnie, z wzajemnym słuchaniem siebie i wyrozumiałością> są przede wszystkim przeciwieństwem tych, jakie Rizzo prowadzi w domu ze swoją rodziną. Po drugie w trakcie ich konwersacji pada wiele ważnych tematów, m.in. kim jesteśmy i co skrywamy przed światem. Dzięki interesującej postaci Molly, równie pociągająco zagranej przez Emily Mortimer, nie mogłam oderwać oczu i z wielkim skupieniem przysłuchiwałam się każdemu słowu.
A do tego nastrojowa muzyka Jana Kaczmarka.
„City Island” to komedia obyczajowa, która zrobiła na mnie naprawdę dobre wrażenie. Ciekawie umiejscowiona akcja, niezły scenariusz z zabawnymi <a nie wydumanymi> momentami, świetna rola Andy Garcii <także interesująca Emily Mortimer>, między wierszami podane troszkę tego i tamtego widzowi do przemyślenia. I zakończenie. Oczywiście nie jest to nic wielkiego, w końcu ten rynek filmowy rządzi się swoimi prawami, ale naprawdę eleganckie i do tego świetnie połączone z sekretem głównego bohatera. I oczywiście samo miejsce City Island;) 
P.S.: oczywiście filmowi można to i owo zarzucić, ale postanowiłam skupić się w tym komentarzu na tym, co najbardziej mi się podobało. Tym bardziej, że wokół tyle debilnych komedii zalewa rynek, że krytykę mam gdzie kierować. „City Island” to mile spędzone 1.5 godziny, ogólnie pozytywne wrażenia. Polecam

Informacje o Alice

Fall in love with writing...
Ten wpis został opublikowany w kategorii Po seansie i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s