Co powiecie na prawdziwy seks przed kamerą na dużym ekranie? „Nimfomanka” Larsa von Triera

Czasami zastanawiam się kogo tak naprawdę można nazwać artystą i kim jest artysta? Co decyduje o tym, że kogoś nazywamy artystą? Artystą się jest, czy się nim bywa? Artystą można zostać, czy trzeba się nim urodzić? Czym jest sztuka? Czemu służy? Co jest jej prawdziwym celem? Pytania te i wiele podobnych warto  postawić w stosunku do duńskiego reżysera Larsa von Triera i jego filmów. Ostatni jego tytuł „Melancholia” (2011) był niczym okład na rozjuszoną ranę. Dwa lata wcześniej Duńczyk wywołał bowiem skandal i zniesmaczył wielu widzów „Antychrystem”. Kto był w kinie w 2009 roku zapewne ma w pamięci ludzi opuszczających salę projekcyjną w trakcie seansu. Wydawać by się mogło, że już bardziej nie można postawić widza pod ścianą; chłostać go okrucieństwem i brutalną nagością, scenami wyjętymi z filmów porno, obrzydzać i przede wszystkim drwić sobie z nas widzów. Bo tak! „Antychryst”  jest jednym wielkim cytatem w stosunku do Andrieja Tarkowskiego i jego filmu „Zwierciadło” (dedykacja pojawiająca się na końcu), to film przeznaczony dla jednego widza, a także swego rodzaju rozliczenie ze strasznymi stanami depresyjnymi samego reżysera. Choć uważam, że sztuka, jak wszystko inne w naszym życiu potrzebuje wolności, aby być sobą i móc być szczerą, „Antychryst” był ni mniej, ni więcej jak obrazem obrzydliwym. I właśnie to wielkie obrzydzenie, bo zniesmaczenie jest zbyt delikatnym określeniem w moim słowniku, pozostało do dnia dzisiejszego. Szkoda, bo jako twórca von Trier zgromadził w filmie liczne symbole religijne i baśniowe, które zostały zżarte przez brutalność i nagość. No, ale to zamierzony cel. Wstrząsnąć widzem – wg tej zasady pracuje i tworzy Duńczyk. Zadziorne, bezkompromisowe, niepokojące, mroczne, depresyjne, opływające erotyzmem. Tylko nie wiem czy bardziej niepokoją mnie jego stany depresyjne, w których rodzą się jego filmy czy same filmy i przekaz w nich zawarty…
Ale Lars von Trier widocznie zamierza jeszcze bardziej postawić widzów pod ścianą, jeszcze bardziej nas zszokować. Tym razem pracuje nad projektem o nazwie „Nimfomanka”:
W zimowy wieczór stary kawaler Seligman znajduje na wpół przytomną, pobitą Joe.  Przyprowadza dziewczynę do swojego mieszkania, ogląda jej rany i próbuje zrozumieć co takiego mogło się wydarzyć, że ta kobieta jest teraz w tak złym stanie.  Mężczyzna uważnie wysłuchuje historii, jakie Joe zaczyna mu opowiadać. Historii obfitujących w wiele fascynujących momentów z jej życia, bogatych w dziwne, intrygujące zdarzenia. Film ten jest lekką, poetycką opowieścią o podróżach erotycznych kobiety – Joe (w tej roli Charlotte Gainsbourg).
Cały ten post zrodził się z prostej potrzeby zadania Wam pytań powiązanych z owym filmem. Czy uważacie, że prawdziwy seks potrzebny jest na ekranie? Czy dzisiejszy widz we właściwy sposób odbierze i zrozumie takie „uwiarygodnienie” historii? Czy jest oby na pewno potrzebny widzom, którzy każdego dnia i na każdym kroku atakowani są nagością i przekraczaniem wszelkich granic? Czy ów „uwiarygodniacz” przeżyć bohaterów na dużym ekranie od razu ma uczynić film artystycznym i lepszym od innych tylko, dlatego że jego twórca i aktorzy posuną się o krok dalej w pokazaniu scen z alkowy? Według wszelkich znaków na niebie i ziemi aktorzy, którzy wystąpią w „Nimfomance”  zgodzili się na prawdziwy seks przed kamerami. Pamiętacie „Transformersy” i ich gwiazdkę Shię LaBeoufa? To m.in. on będzie jednym z aktorów, którzy mają kochać się przed kamerami. Tak się tylko zastanawiam czy aktor przez bardziej niż śmiałe sceny erotyczne zamierza  na tym wybić się na aktora „lepszej” kategorii, czy po prostu chce brać udział w tworzeniu kina innego rodzaju? Cóż szykuje się nam skandaliczny 2013 i rozmazane (sceny nielegalne mają być tak nakręcone, aby był efekt rozmazania) porno na wielkim ekranie.
Zdjęcie pochodzi z oficjalnej strony „Antychrysta”:http://www.antichristthemovie.com/?page_id=56&language=en

Informacje o Alice

Fall in love with writing...
Ten wpis został opublikowany w kategorii Po seansie i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

20 odpowiedzi na „Co powiecie na prawdziwy seks przed kamerą na dużym ekranie? „Nimfomanka” Larsa von Triera

  1. Onibe pisze:

    podobno rzeczywisty seks na ekranie nie jest aż taką rzadkością, za jaką uchodzi. W swoim czasie wielkie zamieszanie wywołała pewna scena w „Listonosz zawsze puka dwa razy” (swoją drogą, mam nadzieję, że pamięć podpowiada mi dobry tytuł…) – w USA zastanawiano się publicznie, przez długie tygodnie, czy oni rzeczywiście…? Oni akurat nie, ale paru reżyserów współczesnych ma w zwyczaju stawiać na realizm opowieści i starają się sugerować aktorom, aby ci nie udawali. Nie pomnę konkretów, rzecz czytałem dawno temu, ale szczątkowo mi utkwiła w pamięci, może jeszcze sobie przypomnę detale.

    moim zdaniem warto zadać inne pytanie: czy seks na ekranie jest w ogóle potrzebny? Ja od wielu lat zamykam z zażenowaniem oczy oglądając sceny erotyczne w filmach mainstreamowych. Bynajmniej nie z uwagi na wrodzony wstyd, bo akurat z tym problemów nie mam ;-). Po prostu wkurza mnie, że do opowieści wkrada się coś, co do niczego potrzebne nie jest. Jeśli ktoś ma ochotę na takie rzeczy, to przecież może obejrzeć klasycznego pornola – dzisiaj w necie jest ich takie zatrzęsienie, że aż nie sposób nie trafić ;-). Możliwe, że ruch Tiera jest dalszym etapem konwergencji gatunkowej, spłaszczania różnic pomiędzy strefami kina. Kolejne pytanie zatem brzmi: czy już wkrótce doczekamy się pornola z prawdziwą fabułą, skoro lada moment będziemy mieli prawdziwą fabułę z równie prawdziwym porno inside? ;-)

    • Alice pisze:

      Bo i nie jest rzadkością, a przynajmniej na pewno do naszych uszu doszło, że w kilku filmach na pewno reżyser wymagał tego od aktorów. Najsłynniejszym tytułem ostatnich lat była chyba „Intymność” Patrice’a Chéreau z 2001 roku. Pomijając nasze dyskusje co do pewnych filmów i scen czy aktorzy naprawdę uprawiają seks, czy tylko świetnie udają pytaniem jest; tak jak napisaliście; czy ów realizm polegający na prawdziwym ekranowym zbliżeniu się dwojga aktorów jest nam do czegoś potrzebny? Czy filmy opierające się na śmiałym scenach erotycznych są współczesnemu kinu potrzebne? Co do von Triera to już wiele osób nazywa go niedoszłym reżyserem filmów porno z fabułą. Tak sobie myślę, że takie odkrywanie intymności, takie totalne kradniecie intymności alkowie świadczy o słabości kina. Może to jest moje zapatrywanie się na kino, może to wynika z mojego patrzenia na świat i twórców, ale dla mnie mistrzem jest ten, kto opowie np. taką erotyczną historię bez zbędnych figur w łóżku, na które można popatrzeć wchodząc na pierwszą lepszą seks-stronkę. Tu nawet może i nie chodzi o pokazywanie scen erotycznych, ale napastowanie nimi widza, dawanie ich w takiej ilości i odsłonie jakbyśmy włączyli red-kanał. Jak przypomnę sobie „Antychrysta” to jego „moc” i zwrócenie uwagi na podjęty przez reżysera temat miała opierać się na wulgarnych i ostrych scenach. Jak dla mnie to gdyby wyciąć te wszystkie sceny jak z pornosa, ale w inny sposób nadać im wyrazistość, film absolutnie by nic nie stracił. Z całego seansu do dziś pozostała mi scena jak główna bohaterka miażdży męskie przyrodzenie i przesyt wulgarnością. Dla mnie to świadczy samo za siebie.

      • Onibe pisze:

        bardzo dobrze napisałaś – dla mnie erotyka w kinie jest całkowicie zbędna, jest cukrem w miejsce miodu, czymś tanim, prostym i wulgarnym dawkowanym w celu zastąpienia fabuły, pomysłu, gry aktorskiej. A już pusty śmiech mnie ogarnia, kiedy reżyserowie zachwycają się, że sceny takie to kwestia „realizmu”. Co ciekawe, kiedy zastanawiam się nad filmami pozbawionymi erotyki, to przychodzą mi na myśl dziwne tytuły. Np. Gwiezdne wojny – Carrie Fisher (czyli Leia) skarżyła się, że Lucas kazał jej okleić piersi taśmą klejącą aby nie rozpraszały niczyjej uwagi… Cóż, jak widać zdarzają się ciekawe odstępstwa od normy ;-).

      • Onibe pisze:

        eh.. zgubiło mi koment, już z pamięci nie wycisnę co wtedy naskrobałem, ale ogólnie rzecz biorąc, zgadzam się z Tobą absolutnie. Erotyka jest zawsze tańszym narzędziem niż fabuła, gra aktorska itd. Seks to cukier zamiast miodu, lep na nastolatków, którzy idą na film aby obejrzeć jakiś kawałek kobiecego ciała i podyskutować jak to się „bzykali” na ekranie ;-)

      • Alice pisze:

        Wiesz realizm realizmem, ale czy obecny świat potrzebuje owych realistycznych filmów erotycznych naszpikowanych ostrymi scenami…? To jest pytanie do dyskusji. Moje zdanie jest takie, że na dziś dzień, na świat jaki mamy za oknem, nie! Po co to komu? Tym bardziej, że nie widziałam ani jednego filmu, w którym reżyser (w moim pojęciu) sensownie by wycisnął coś mądrego z mocnych scen łóżkowych na ekranie. Obserwuję dwie tendencje. Jak pojawia się seks to albo jest sielanka-bzykanka, której celem jest wzruszyć i podniecić widza, albo wulgarność wyjęta z burdeli i pornosów przedstawiająca seks jako przyjemność z bólu, upokorzenia i pokrewnych im stanów. A najgorsze co może być to tak, jak piszesz, kiedy reżyser i scenarzysta nie mając pomysłu na fabułę po prostu wpuszczają bohaterów do łóżka i musimy kilka scenek nic nie wnoszących obejrzeć. Zgadzam się również, że zbędna erotyka na ekranie to tanie narzędzie, to tanie zagranie reżysera. Chętnie je wykorzystują giganci jak i ci, którzy uważają siebie za tzw. eksperymentatorów. A gdzie się podziały skryte spojrzenia, znaczące gesty, niewypowiedziane słowa i wiele innych, które z ręką dobrego reżysera mogą więcej nam powiedzieć o intymności dwojga ludzi niż ta cała powszechna obecnie wulgarność. No, ale może juz tu nie chodzi o intymność, a stworzenie z „seksu” produktu…?

      • Onibe pisze:

        zauważyłem, że pewna wstrzemięźliwość pomaga, nie tylko w filmie. Parę razy byłem świadkiem – i na mnie też to działało – kiedy grupa całkiem normalnych facetów nie mogła oczepić oczu od stóp kobiety ubranej w dżinsy i gruby sweter, a niejako równolegle działa się scenka alternatywna, kiedy banda facetów pochylała się nad piwkiem i zlewała równo stada pół nagich nastolatek. Tajemnica kusi; kusi jej rozwiązanie, to co się za nią kryje, ale sztuką jest tutaj dążenie do roznegliżowania, nigdy zaś roznegliżowanie sensu stricto.

        trochę zdarza mi się robić zdjęć, teraz już praktycznie rzecz poszła w kąt (poza makro) z braku czasu, ale mam na koncie parę sesji aktów. Od wielu lat główkuję jak zrobić dobry akt, taki, który nie polegałby po prostu na rozebraniu kobiety. Myślę, oglądam cudze zdjęcia, kombinuję… i nic. Rzecz jest cholernie trudna. Moim zdaniem rozebranie jest – wbrew pozorom – znacznie bardziej kłopotliwym narzędziem niż się wydaje, oczywiście jeśli rozmawiamy o sztuce. W burdelu nagość to podstawa, a cały mainstream idzie w stronę rozrywki burdelowej, niestety.

      • Alice pisze:

        Jak to mówią Brazylijczycy, trzeba odsłonić ile się da, ale nie wolno pokazać wszystkiego. Zrobić dobry akt to prawdziwa sztuka. Zgadzam się, że „rozbieranie” w sztuce jest trudne, tym bardziej trudne jeśli nie chcemy z tego zrobić „dziwki z burdelu”. Prywatnie mam już dość wpychania i lansowania przy byle okazji seksu, wulgarności i nagich ciał. Tego już nawet nie jest za dużo, już jest przesyt. Moim zdaniem wolność, jaką obecnie mamy powoduje /spowodowała, że większość ludzi po prostu zachłystuje się nią i zmierza do wbicia chorągiewki na drugim biegunie od zniewolenia, zakazów i tym podobnych. Niczym pies spuszczony z łańcucha, na którym uwiązany był cały swój żywot. A to już robi się dla mnie chore, bo prowadzi tak naprawdę „donikąd”. Wiele osób uważa się za wolne, nowoczesne i „super-eskra” jednostki tylko, dlatego że pokazuje goły tyłek w tv. Po co kręcić filmy erotyczne skoro wizytówką naszych czasów są już niemal seks-taśmy. Wystarczy popatrzeć jakich ludzi promuje się dziś na pierwszych stronach gazet, o kim się mówi, kogo zna młodzież, jacy aktorzy i za co są najbardziej znani. Filmowcy z mainstreamu zrobili się nudni z prostego powodu. Bo stali się odtwórcami rzeczywistości, a nie twórcami opowiadającymi konkretną historię. Nie ma co się rozpisywać i za dużo myśleć, pokazują dużo seksu, bo on jest dziś w cenie. Ciekawe tylko dokąd to zaprowadzi…? A tak przy okazji, w dłoniach miałam również niewiele książek, w których autor poradził sobie z ukazaniem scen scen erotycznych. A chyba najbardziej rozwaliły mnie w ostatnim czasie scenki rodzajowe u G. Mastertona, rodem z pornosów;D

      • Onibe pisze:

        jeśli chodzi o książki, to faktycznie, problem też istnieje. Ale papier jest jakby bardziej tajemniczy, pewne rzeczy możemy sobie wyobrazić, inne możemy olać ;-). Z erotyki, a nawet pornografii literackiej, mnie najbardziej podobały się pewne dzieła Nienackiego… swoją drogą, czy my już gdzieś o tym nie pisaliśmy? ;-)

      • Alice pisze:

        Tak, kiedyś już troszkę dyskutowaliśmy na ten temat. I jak mnie pamięć nie myli to właśnie zaczęło się od Mastertona;)

      • Onibe pisze:

        hehe, coś w Mastertonie zatem jest ;-)

      • Alice pisze:

        No jest:D Zresztą to autor wielu poradników seksualnych i artykułów do CKM i podobnych pism:D

      • Onibe pisze:

        no proszę… czyli facet w fachu ;-). King bodaj też pisał na początku dorosłe historyjki ;-D

      • Alice pisze:

        Na to wygląda;D A King to szczerze powiedziawszy nie wiem od czego dokładnie zaczynał. No, ale nie byłby pierwszym i ostatnim pisarzem, który imał się pisania do męskich magazynów czy wydawał takie publikacje.

      • Onibe pisze:

        nie wiem właśnie czy King nie pisał do playboya, ale głowy nie dam…

      • Alice pisze:

        Na szybko znalazłam, że na początku pisania, aby związać koniec z końcem pisał opowiadania do męskich pism. Przy czasie więcej pogrzebię. No, ale pewnie poradników seksualnych Mastertona to i tak nie przebije:D

      • Onibe pisze:

        no nie wiem… trzeba by przeczytać jedno i drugie i porównać ;-)

  2. Podpisuje się pod tym, co napisał Onibe.
    Ale… popyt i podaż ; )
    Nie wiem, jakie były realne, pierwsze motywacje Larsa von Triera (nie mówię o deklaracjach czynionych publicznie), ale jeśli penetruje korytarze możliwości ofiarowane przez film (środki wyrazu itd.), to już może stanowić pretekst do podciągnięcia tego pod eksperyment (pseudo)artystyczny. Dla mnie pseduo. Dla niektórych artystyczny ; )

    • Alice pisze:

      Luizo,
      Widzisz i tu jest problem. Bo tak naprawdę o tym czy tego reżysera można podpiąć pod artystycznego eksperymentatora czy pod twórcę filmów porno z fabułą decyduje intencja. A jej prawdziwości nigdy nie poznamy. Jak dla mnie Larsa von Triera najlepiej charakteryzuje określenie skandalista. I nim właśnie dla mnie prywatnie jest. Może dla niektórych jest wielkim artystą i reżyserem, ale mnie jakoś w ogóle nie kręci, jak to mówią chłopcy z podwórka „nie kupuję tego”, nie tego szukam w kinie. Ogólnie do wszystkiego co zwykło się nazywać „artystycznym” i do samych artystów mam dystans. Może w tym momencie piszę coś bardzo niepopularnego, ale dla mnie połowa (jak nie więcej) braci artystycznej to zwykli prowokatorzy, ludzie próbujący zaistnieć robieniem czegoś zakazanego. Generalnie nie dzielę wszelkiej maści „twórców” na artystów i nie-artystów, a na geniuszy i prowokatorów, ale to temat na długą rozmowę. PozdrawiaM

      • Ciekawy podział. Ale czasami geniusz był prowokatorem, a prowokator geniuszem ; )
        Hm, ja zaś stosuję podział na twórców/kreatorów i odtwórców/przetwórców.
        Pozdrowienia, Alicjo!

      • Alice pisze:

        Podział na kreatorów i odtwórców jest bardzo sensowny. Jakby nie patrzeć chyba obie mamy to samo na myśli;) Ja muszę pomyśleć nad słownictwem jakiego używam w stosunku do artystów. PozdrawiaM

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s