O książkach…

Dawno już nie pojawiła się u mnie żadna recenzja, ani nawet porządny komentarz do powieści i opowiadań, które czytam. Nie pomyślcie sobie, że z dnia na dzień postanowiłam dołączyć do zacnego grona naszego społeczeństwa, które uważa, że książki nie są im potrzebne do życia. Po prostu brak czasu i nastroju do pisania recenzji sprawił, że w ostatnim czasie było jak było, czyli ich nie było.
Jakiś czas temu pisałam, że zamierzam zrobić maraton z literaturą amerykańską. Oczywiście utknęłam na pierwszej powieści „Dziecię Boże”[1]. Każde spotkanie z C. McCarthym jest dla mnie iście osobliwe i zarazem dziwaczne. Nie pamiętam już powieści i pisarza, z którym bym się tak siłowała, walczyła, buczała i zarazem wracała do niego nie mogąc go i jego książki porzucić. Jest pewnym fenomenem, ale bardzo zaburza mój rytm czytania. A może po prostu na tego amerykańskiego pisarza, który uchodzi za jednego z najlepszych współczesnych w Stanach Zjednoczonych trzeba mieć odpowiedni nastrój. I wymaga spokoju – ducha i wokół nas.
Jednak nie samym McCarthym w ostatnim czasie żyłam. Tak się złożyło, że w międzyczasie (z jednej strony tego nie lubię, a z drugiej kocham) czytałam kilka innych książek. Wśród nich znalazło się „Imperium świateł” Kim Young-ha[2]. Już skończyłam lekturę, ale jeszcze noszę się z przemyśleniami i końcową oceną tej powieści. Licząca 272 strony opowieść Koreańczyka zachęciła mnie do siebie od samego początku. Sam tytuł był tak magnetyzujący, że nawet niepozorna okładka i słaba znajomość literatury koreańskiej nie odwiodła mnie od lektury. Czytałam powoli, dawkując średnio rozdział lub dwa na jeden wieczór. To naprawdę dobra i ciekawa powieść choć po jej odłożeniu czułam niedosyt.  Nietypowa historia szpiegowska opowiedziana, a raczej subtelnie przerywana wprowadzaniem nas w świat i tajemnice głównych bohaterów powieści. To także i przede wszystkim opowieść o człowieku, który wychował się w reżimie Korei Północnej, ale w wyniku swojej profesji przeniósł się do Korei Południowej, gdzie przystosował się do życia w społeczeństwie demokratycznym. Dużym plusem są liczne odniesienia do kultury zachodniej, które polskiemu czytelnikowi dają większą wygodę, jeśli mogę tak to nazwać, w poznawaniu świata przedstawionego i głównego bohatera.
W ślimaczym tempie, typowym dla mnie, zabieram się do napisania tekstu o R. Bradburym. Na pewno powstanie, ale jak to w moim przypadku bywa na wszystko musi być odpowiedni czas i miejsce. Jestem zapewne niepoprawną marzycielką, ale mając wczoraj w rękach jego „Kroniki marsjańskie”[3] pomyślałam sobie, że dzieciakom w szkole przydałaby się taka mądra, poetycko napisana, osadzona w konwencji fantastyki, zarazem prosta, czytelna i mocno przemawiająca do czytelnika powieść, jak ta. Bo Ray Bradbury posiadał niezwykłą umiejętność pokazywania naszych problemów. Z tym, że wszystkie „wysyłał” na Marsa lub gdzieś daleko w kosmos, aby z dystansu i z dystansem o nich opowiedzieć. Paradoksalnie opowieści o nas ludziach i naszej naturze bardziej przemawiają do nas i są mocniej wyjaskrawione, kiedy nie dzieją się na Ziemi…
Aktualnie czytam jeszcze „Perłowy Trójkąt” Edwarda Kajdańskiego[4]. Interesujący reportaż o chińskim Południu napisany przez człowieka, który urodził się, dorastał i wykształcił w Chinach. Książka jest skarbnicą wiedzy i opowieścią o Kantonie, Makau i Hongkongu, w którą autor wprowadził postać misjonarza, przyrodnika i badacza Chin – Michała Boyma. Dodam, że choć napisana w 1987 roku porusza sprawy, które do dziś dnia nic się nie zmieniły. Dajmy dla przykładu coś lekkiego – nasze wyobrażenie o kuchni chińskiej. Choć w ostatnim czasie popularna w Polsce, wiele osób rozmawiając ze mną o kulinariach z Państwa Środka często drży przed nią i śmieje się z tego, jakimi to dziwactwami raczą swoje podniebienia Chińczycy.  „Często się bowiem zdarza, że nasłucha się w Europie mrożących krew w żyłach opowieści o chińskiej kuchni (serwowanych w większości przypadków dla kawału lub dla zrobienia wrażenia) i woli z niej rezygnować przed – na przykład – dżdżownicami smażonymi w cukrze czy też przekąskami z marynowanych szczurów”[5]. Osobiście nigdy nikt mi nie zaproponował takich „fantazyjnych” dań, ale znajomy Czech będąc w Wietnamie raczył swoje podniebienie mięskiem z szczura (na jego opowieść ja wykrzywiałam buzię, a on wyglądał jakby przypominał sobie coś wspaniałego) i twierdził, że piersi z szczura są lepsze niż z kurczaka, indyka i inne nam znane. Cóż, kto co lubi… Choć nie wiem jakbym je oceniła, gdybym najpierw je zjadła, a potem dowiedziała się co to było… Za to na pewno wiem, że po oświeceniu miałabym pewien odruch… Wracając do reportaży Kajdańskiego, jeszcze nie skończyłam ich czytać, ale już mogę polecić każdej osobie, która głębiej interesuje się ChRL. Zdecydowanie jeden z najlepszych tytułów, jakie ostatnio miałam okazję czytać.

[1] Cormac  McCarthy, „Dziecię boże”, Wyd. Literackie, Kraków 2009.
[2] Kim Young-ha, „Imperium świateł”, wyd. Kwiaty Orientu, Warszawa 2010.

[3] Ray Bradbury, „Kroniki marsjańskie”, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 1997.
[4] Edward Kajdański, „Perłowy trójkąt”, wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 1987.

[5] Tamże, s. 16.

Informacje o Alice

Fall in love with writing...
Ten wpis został opublikowany w kategorii Przeczytane i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „O książkach…

  1. Z cytowanych i omawianych przez Ciebie znam tylko Imperium świateł i cenię tę publikację, cenię. Może pozostawia we mnie duży niedosyt, ale cenię ; )

    Ostatnia z prezentowanych przez Ciebie książek zachęca. Tematyką zwłaszcza ; )

    • Alice pisze:

      „Imperium świateł” jest po prostu książką interesującą. Bardzo przypadło mi do gustu, że choć powieść to historia szpiegowska, wcale nie ona gra tu pierwsze skrzypce. A powiedź mi, jak oceniasz zakończenie?
      A co do „Perłowego trójkąta” sądzę, że ta pozycja może być dla Ciebie bardziej niż interesująca. To pełne treści reportaże, które choć naładowane są dużą ilością naprawdę ciekawych informacji, nie powodują takie wrażenia ciężkości. Polecam:-)

  2. Onibe pisze:

    dla mnie wszystko tutaj to nowość
    chciałem nawet podpytać przy okazji, jak postępy z maratonem ;-)

    • Alice pisze:

      Na pewno polecam wziąć coś na warsztat McCarthy’ego. Jest obecnie jednym z najbardziej cenionych pisarzy w USA więc wypada poznać go choć od jednego tytułu.
      A co do maratonu. Zabrałam się do niego właśnie od wspomnianego Cormaca McCarthy’ego i utknęłam. Jego „Dziecię boże” biorę do ręki i odkładam. Mam nadzieję, że w ten weekend uda mi się przeczytać powieść i ruszę dalej. Póki co gromadzę inne książki i niebawem mam zamiar ruszyć pełną parą z czytaniem lit. amerykańskiej:-)

      • Onibe pisze:

        no to czekamy na następne wrażenia. Cormaca zanotowoliśmy już sobie na przyszłość, więc z czasem na pewno spróbujemy go

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s