Dom w głębi lasu,reż. Drew Goddard

Jeśli jesteście zagorzałymi fanami-fanatykami horrorów w ich klasycznej postaci – lepiej nie zbliżajcie się do tego filmu. Jeśli uwielbiacie pastisze i twórców, którzy bawią się gatunkiem, świadomie go naśladując i wykorzystując do swoich celów – powinniście zobaczyć ten tytuł.  
„Dom w głębi lasu” zobaczyłam przypadkiem. Po seansie dość sennej, ale trzymającej fason, „Królewny Śnieżki i Łowcy” postanowiłam sięgnąć po inny inny tytuł, w którym zagrał Chris Hemsworth. W taki sposób trafiłam na film, którego twórcy z inteligencją bawią się konwencjami wykorzystywanymi przez ten gatunek. Na pozór wszystko zaczyna się jak w typowym amerykańskim horrorze – grupa znajomych i wspólny wyjazd poza miasto. Do tego są niby typowi przedstawiciele horrorów, którzy na naszych oczach staną się ofiarami. Oto mamy ladacznicę, która tak naprawdę jest wierna swojemu facetowi, mięśniaka-typowego macho, który tu jest przedstawicielem inteligencji i mędrca-wizjonera, który jest chłopakiem mającym zaledwie kilka szarych komórek znanego z tego, że nie rozstaje się ze swoją maryśką. Reżyser wykorzystuje również stereotypowe umieszczenie akcji – chatka w lesie, na odludziu. Jego bohaterowie wchodzą do piwnicy, w której „coś” się czai. Tymczasem tajemnicza i mroczna piwnica jest miejscem, które wykorzystano do umiejscowienia rzeczy, które wpłyną na wybór mrocznego i krwawego scenariusza przez naszych bohaterów. Do tego zabawne sceny eksploatujące typowe motywy ze znanych nam horrorów. A wszystko podłączone pod kamery, podglądane i sterowane przez kogoś z zewnątrz, kogoś, kto ma pod kluczykiem wszystkie horrory świata…
Czarny humor, groteska i ironia obecne są tu na każdym kroku. Scenariusz doceni każdy, kto lubi grę konwencją i pastisz. Poza tym choć krew się tu leje – na filmie raczej można się ubawić niż bać się.
Za minus, a raczej oszukanie widza, uważam opis promujący film (dodam, że „Dom w głębi lasu” to produkcja, która na dużym ekranie pojawiła się w 2011 roku). Dlaczego? Pozwólcie, że go przytoczę: „Nowy horror twórców „The Avengers” i „Projekt: Monster” z Chrisem Hemsworthem („Thor”) w roli głównej. „Piła” była przy nim jedynie niewinną zabawą. Grupa studentów wybiera się na weekend do domku w lesie, gdzie z dala od cywilizacji mogą robić wszystko, na co przyjdzie im ochota. W miejscu, do którego dotrą nie ma zasięgu komórek, a GPS nie odnajduje go na mapie. Jak mówi spotkany w pobliżu farmer „Mogę pomóc wam tam dotrzeć, ale wydostać się będziecie musieli na własną rękę”. Ale czy będą w stanie? Jeśli sądzisz, że już znasz tę historię, zastanów się raz jeszcze”. Taki opis sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z estetyką horroru w prawdziwym tego słowa znaczeniu – ból, okrucieństwo, przerażający strach. Tymczasem „Piła’, a „Dom w głębi lasu” to filmy, które mają się do siebie nijak. Na pierwszym z nich większość z nas wpijała się w fotel i czuła lęk, a na drugim można się porządnie ubawić, choć tu także jest krew…

Informacje o Alice

Fall in love with writing...
Ten wpis został opublikowany w kategorii Po seansie i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

9 odpowiedzi na „Dom w głębi lasu,reż. Drew Goddard

  1. Onibe pisze:

    eh, opisy promocyjne to rzecz zasługująca na osobną pogawędkę… filmy jak filmy, ale ile razy zawartość książki nijak się ma do jej opisu na okładce? Masakra!

    • Alice pisze:

      To prawda, o opisach promocyjnych można stworzyć serię artykułów czy filmów. Nie wiem jak inni, ale czasem odnoszę wrażenie, że ci którzy siedzą tam i wymyślają te całe opisy to mają widza za frajera. Ja kiedyś lubiłam pójść do kina spontanicznie.Niestety przez opisy, które już wcale nie tak rzadko oszukują nas, starannie dobieram filmy, na które idę. W przypadku „Domu w głębi lasu”, gdyby opis był inaczej sformułowany przede wszystkim mógłby się wstrzelić w o wiele większy krąg odbiorców niż zamknięta grupa osób, które lubą i oglądają horrory. A niejeden fan horrorów na pewno chętnie pośmieje się z wyśmiania i zabawy konwencją owego gatunku. Tylko, że tu polski producent wręcz bezczelnie mówi o filmie mocniejszym od „Piły”, a na seansie to co najwyżej ktoś może się posiusiać, ale… ze śmiechu.
      Z książkami jest też coraz częściej podobnie. Nie mówiąc już o tym, że same okładki często mają za zadanie przyciągnąć nasze oko, i poza nimi, książka nie ma nic ciekawego do zaoferowania. Niemen śpiewał „dziwny jest ten świat”, pozostaje tylko powtórzyć za nim – dziwny jest ten świat.

      • Onibe pisze:

        w marketingu panuje przekonanie, że wszystko przejdzie. Nikt już nie przejmuje się jakąś logiką i konsekwencją, liczy się tylko utkanie bzdurniejszego hasła. Im głupsze, tym lepsze… Wydaje mi się, że ludzie którzy tym się zajmują nie mają żadnej wiedzy w temacie. Marketingowcy żyją w przeświadczeniu, że oni i tak już wiedzą wszystko co jest do poznania, czemu zatem mieliby poszerzać swoją wiedzę? Hasła reklamowe wymyślają ludzie z zewnątrz, z najętych firm. Hasło musi się spodobać szefowi – który pewnie ksiażek nie czyta, a i filmy ogląda na zasadzie przysypiania na nich. No i musi się spodobać producentowi. A producent myśli rynkowo. Dla niego dobre hasło to nie hasło prawdziwe, ale takie, które przyciągnie widzów. Że później ci widzowie są wkurzeni to inna sprawa….

      • Alice pisze:

        Być może w marketingu przejdzie wszystko, aby było chwytliwe i zauważalne. Tylko czy wszystko przejdzie i czy wszystko dobrze wpływa na odbiór filmów, tego już bym nie była tak pewna. Bo pomyśl sobie. Jest rok 2011. Czytasz opis „Dom w głębi lasu”. Nastawiasz się na coś pokroju „Piły”, a tam trafiasz na pastisz, przy którym zamiast bać się, większość widzów śmieje się z tego, co widzi na ekranie. Kto nie jest wielkim fanem gatunku ten takie zaskoczenie przyjmie z radością, że ktoś wreszcie pobawił się konwencją. Ale zagorzały fan gatunku wyjdzie zły, że nastawił się na coś mocnego, a wyszła komedia… Czyli ten widz, do którego kierowany był opis – nie będzie zadowolony. Choć z drugiej strony za sprawą głupoty marketingowców piszących, mniej niż rzadko, takie nie mające się nijak do fabuły opisy promocyjne coraz więcej ludzi sięga po komentarze i recenzje recenzentów. A to może powoli doprowadzi do tego, że znaczna część widowni będzie najpierw kierowała się opinią recenzentów, a tego to chyba większość producentów chyba za bardzo by nie chciała. Ja w ogóle mam takie wrażenie, że im lepsze promo i opisy, tym film słabszy.

      • Onibe pisze:

        zacznijmy od tego, że gatunek „zagorzały fan” nie jest głównym targetem producentów. Niby dziwna sprawa, bo produkując filmy, zwłaszcza niszowe, powinno się wychodzić przede wszystkim w stronę starej gwardii, stalowego, wiernego odbiorcy, ale producent kalkuluje inaczej. On chętnie oleje te 3% jeśli w zamian za to zyska 15% z mainstreamu. Na dobrą sprawę zauważ, jak niewiele różnią się współczesne filmy z różnych gatunków. Koloryt gatunkowy to w nich jakieś 2-5% „masy całkowitej”, reszta to schematy funkcjonujące dokładnie w całym kinie, bez względu na gatunek. Nie wiem czy w ogóle możemy jeszcze mówić o gatunkowości kina. Jest to, skądinąd, bardzo ciekawy trend. Warto byłoby się nad nim zastanowić.

      • Alice pisze:

        Zgadzam się z Tobą. Tylko w przypadku omawianego „Domu w głębi lasu” moim zdaniem ten opis to wpadka marketingowców. Bo on zamiast chwytać szerszą publikę skierowany był do konkretnej grupy horroromaniaków, którzy po seansie poczuli zawiedzeni – bo to jest pastisz, a nie horror w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Więc opis oszukał tych, co lubią horrory i nie przyniósł do kina, tych, którzy trzymają się od nich z daleka.
        Jasne, opisy promujące filmy są dziś niestety tak formułowane, aby za wszelką cenę jak najwięcej ludzi ściągnąć do kina. Jeszcze to, że producent chce jak najwięcej ludzi przyciągnąć na seans to w gruncie rzeczy jest normalne. Nie potrafię jednak zrozumieć tych nie mających się nijak do fabuły opisów. Już nieraz śmiałam się z tego, że opis to chyba był o innym filmie, albo sale pomyliłam;D
        Też to zauważyłam, o czym piszesz, że utarte schematy oprawia się w cieniutkie ramy gatunkowe i gotowe. No, ale chyba to jest charakterystyczne dla współczesnego kina dla mas. Przeciętny widz nie jest wymagający, więc filmowcy podają mu odgrzewanego kotleta. No, ale kino nie kończy się na mainstreamie.

      • Onibe pisze:

        faktycznie, kino nie kończy się na mainstreamie, ale zarazem nie oznacza to, że od mainstreamu można wymagać tak mało. Niedługo będzie do wyboru albo wielka masa banalnych, do bólu nijakich filmów albo bardzo nieliczne, hardcorowe obrazy dla wielbicieli konkretnych klimatów. Osoby o szerszych zainteresowaniach będą zostawione same sobie, bo nisze ich nie interesują, a narastająca głupota mainstreamu odstrasza… Eh… i znowu marudzę… muszę znaleźć sobie jakiś temat do chwalenia czegoś/kogoś bo wpadnę w przygnębiające klimaty bez biletu wyjścia ;-)

      • Alice pisze:

        Nie marudzisz. Krytyczne podejście toć to nie krytykanctwo. Ja też podobnie to widzę. Myślę, że oprócz nas znalazłoby się dość liczne grono osób myślących podobnie. Mainstream poszedł na łatwiznę i wygląda, że nie ma zamiaru zawrócić z tej drogi, bilety się sprzedają, po co sobie głowę zawracać. A niszowe kino gatunkowe dedykowane bardzo konkretnemu odbiorcy, bardzo często „mówiące” specyficznym językiem czy śmiejące się z wewnątrzgatunkowych żartów nie jest tworem zbyt łatwym w odbiorze dla kogoś spoza środowiska. Zawsze wyjściem są filmy z datą troszkę starszą. Wystarczy sięgnąć do nie tak starej półki z tytułami z lat 80. i 90., aby zobaczyć np. jak wielkie znaczenie ma coś takiego jak „klimat” /”atmosfera” filmu. Poza tym jest coraz mniej ale sensownych scenariuszy. Większości filmów brak świeżości. Nie wspominając o wielu aktorach grających w mainstreamowych filmach, którzy grać nie potrafią…

      • Onibe pisze:

        brak scenariuszy… eh… mój konik ;-). Lepiej nie będę wchodził w ten temat, bo nie usiedzę ;-). Masz oczywiście rację, nawet ujęłaś to zbyt delikatnie jak na mój gust…

        coraz częściej dochodzę do wniosku, że kino staje się czymś takim jak restauracja – nie idzie się do niej na dobre jedzenie (bo na ogół jest mocno przereklamowane i w większości przypadków lepsze się zje w domu) ale aby móc kogoś zaprosić – na przykład podrywaną niewiastę. Zapraszając do kina kogoś wykonujemy gest społeczny i towarzyski, przerzucamy ciężar chwili na film, nie musimy toczyć rozmowy a obowiązek jest odbębniony. Bo inaczej tak dużej popularności coraz bardziej miernego kina wytłumaczyć nie potrafię.

        na szczęście, tak jak piszesz, są jeszcze filmy nieco starsze, ale ciągle jare, które swobodnie można eksploatować ;-).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s