Dziecię Boże („Child of God”), Cormac McCarthy

„Gdyby istniały mroczniejsze królestwa nocy, na pewno by je znalazł”[1].
Powiadają, że początki są zawsze najgorsze. Tak też i było w tym przypadku, jak nie gorzej, ale o tym za chwilę. Jakiś czas temu pisałam, że mam zamiar zrobić sobie maraton z amerykańskimi klasykami. O ile przygotowanie listy autorów, którzy będą mi towarzyszyli przez kilkanaście dni, popołudni i wieczorów było  sprawą dość łatwą, choć nie obyło się bez wahań typu „a może jednak te, a nie te nazwisko powinno się tu pojawić”, o tyle dość niefortunnie na pierwszy odstrzał wzięłam Cormaca McCarthy’ego. Nazwisko tego autora już pojawiało się na moim blogu przy okazji recenzji „Drogi”, którą mogę śmiało uznać za jeden z lżejszych tytułów Amerykanina. Dlaczego postanowiłam umieścić go na tej liście? Z prostej przyczyny; uznawany jest za jednego z najważniejszych amerykańskich, współczesnych pisarzy. Najbardziej znanym dziełem i zarazem powieścią, która uchodzi za jedną z najlepszych ostatnich latach w Stanach Zjednoczonych jest „Krwawy Południk” (1985). Oprócz tego tytułu istotne znaczenie w rozwoju kariery pisarskiej McCarthy’ego miały „Rącze konie” oraz „To nie jest kraj dla starych ludzi”. Każdy kto miał już okazję sięgnąć po twórczość tego pisarza na pewno spotkał się z porównywaniem McCarthy’ego do Williama Faulknera, również Amerykanina, laureata Nagrody Nobla z 1949 roku.
Napisałam, że dość niefortunnie jako pierwszą książkę z listy wybrałam „Dziecię Boże” Cromaca McCarthy’ego. Dlaczego? Jest to proza wymagająca pod każdym względem. Przede wszystkim potencjalny czytelnik powinien zdawać sobie sprawę, że aby przebrnąć przez fabułę potrzeba odpowiedniego nastroju i otworzenia się na ten osobliwy, literacki świat. Bez właściwego nastawienia naprawdę trudno skupić się na tym, o czym tu czytamy. Do lektury podchodziłam trzykrotnie. Nie potrafiłam wbić się w opowieść McCarthy’ego. Było ciężko, bo powieść mnie denerwowała, odrzucała i wkurzała. Już dawno żaden autor tak mnie nie umęczył.  W końcu nadszedł właściwy wieczór, usiadłam i nie spostrzegłszy się kiedy, byłam na ostatniej stronie.
Słowem wstępu
„Dziecię Boże” to powieść o najmroczniejszych stronach ludzkiej duszy, lecz opowiedziana z pewną dozą humoru i wyczuciem. Bogata w szczegóły, a jednocześnie bardzo oszczędna, czasem wręcz delikatna. Spodoba się miłośnikom powieści z dreszczykiem i wielbicielom prozy Faulknera – czytam na okładce książki.
On
Wyobraźcie sobie teraz niskiego, brudnego, nieogolonego mężczyznę w wieku 27 lat. Macie go przed oczami? Dorzućcie do tego fakt,  że jest wyrzutkiem społeczeństwa, zbzikowaną i wykolejoną postacią wyjętą z mrocznych opowieści. Jednocześnie jest realny, bliski, znany, niczym jakiś obrzydliwy facet, który plącze się gdzieś po waszej okolicy, ale lepiej nie pamiętać o jego istnieniu. Uchwyciliście oczami wyobraźni tę postać? Oto i zarys głównego bohatera powieści „Dziecię Boże”.
Nazywa się Lester Ballard. To typ człowieka, którego nikt z nas nie chciałby spotkać. Żyje na uboczu, ma kuku na maniu (słowa autora), urywa łeb krowie, podpala szczeniaki, jest nekrofilem kupującym martwej panience czerwoną sukienkę. Do tego zabija i nie jest typem, którego w jakimkolwiek stopniu da się polubić, a jednak… nie potrafię skreślić go do końca. Choć jest zdrowo walnięty jego czyny nie są żadną miarą porównywalne do zapalczywych i złych do szpiku kości bohaterów literatury grozy. Rzeczywiście jest zły, jest życiowym wykolejeńcem i popaprańcem, a do tego ma niezdrowo pod sufitem, ale…. Poza tym autor mistrzowsko pokazuje go jako tego na uboczu, na marginesie społecznym, tego, który wykluczony ze społeczeństwa żyje samotnie gdzieś tam w lesie kierując się najprostszymi instynktami. W mroku kiełkuje i rośnie w siłę Zło. Lester jest tym złym, bo ma złą przeszłość i mieszka w niewłaściwym miejscu na Ziemi, w którym nie da się być lepszym, bo nie ma jak (?).
Jakby tego było mało McCarthy oddaje głos bohaterom. Stylizacja języka (a może jej brak) jest tak świetna, doskonała i mistrzowska, że sama warstwa językowa obrzydza i zniesmacza (ale nie w znaczeniu literatury grozy czy horroru). Nie chcemy słuchać tych rozmów, nie chcemy słyszeć tych myśli, ale to one oprowadzają nas po tym mrocznym świecie, świecie, który istnieje gdzieś tam obok nas. Lester jest prawdziwy i realny aż do bólu. Odkrywa całego siebie takim, jakim jest; niedoskonałym i grzesznym.  McCarthy po raz kolejny pokazał mi, że jest pisarzem, którego można nie lubić, ale nie wolno go ignorować lub odmówić mu nieprzeciętnych umiejętności opisywania, brzydko się wyrażając, całego tego gówna. To, w jaki sposób mówi i myśli jego bohater (mistrz warstwy językowej!), to jedna rzecz. Druga sprawa to jakim jest bacznym obserwatorem amerykańskiego społeczeństwa. O takich typach zbyt często się nie czyta, bo i po co o nich pisać? Nie są dojnymi krowami, które dają dużo mleka, no chyba, że prototypy takich postaci wykorzystuje się w literaturze lub filmach grozy, po którą sięgają spragnieni poznania mrocznych osobliwości. Mainstream czasami o nich pisze, ale nie są tak wyraziści i surowo wyrysowani, jak u McCarthy’ego.
On. Dziecię Boże?
Lester to typowy antybohater; popaprany, zboczony, skrzywiony pod każdym względem, do tego szasta przekleństwami, wyzwiskami i niecenzuralnymi słowami: „Zabierajta się skurwysny, psiakrew, z mojej ziemi! Słyszałeś ciulu?”[2]. Autor opowiada o jego grzeszkach, mówi o nich dosłownie, ale nie chwyta się za zagrania znane z literatury grozy czy tekstów pornograficznych. Niby wszystko widzimy oczami Lestera, ale jest to tak surowo podane i wywarzone językowo, że wiemy, widzimy, ale nie możemy przekroczyć pewnych granic. Lester, ten popapraniec, morderca i zboczeniec, czy on powinien żyć? Jego istnienie jest zakałą dla rodzaju ludzkiego, a jednak jest i chodzi po Ziemi. Tak samo, jak ty czy ja, jest człowiekiem. Przewrotny tytuł, jaki nadał powieści Cormac McCarthy, opowiada o jednym z nas, człowieku. Każdy jest dzieckiem bożym (???). Każdy?
Jest inny, ale ta inność mówi do nas pisarz jest spowodowana przede wszystkim życiem poza społeczeństwem. Zdaje się, że chce powiedzieć; zatrzymaj się i spójrz, co z człowieka może zrobić życie w bliskości z dziczą, oderwanie od społeczeństwa, kultury, cywilizacji, a do tego bagaż złych doświadczeń z dzieciństwa. Wyobcowanie i przebywanie wyłącznie z tymi „innymi”, którzy z różnych względów są też na uboczu społeczeństwa prowadzi do najróżniejszych dewiacji. Śmieciarz, znajomy naszego bohatera, ma dziewięć córek, a każda niczym kotka w rui przyciąga „adoratorów”, którym daje to, co chcą. Za każdym razem kończy się ciążą i tak mnożą się istoty, którym przyjdzie żyć w patologii. A sam śmieciarz potrafi też „dosiąść” córkę, ale tu nikt na to nie patrzy, tu nikt o nic nie zapyta, tu o życiu tu, nikt nic nie wie. Zresztą w tak wykolejonym i skrzywionym świecie takie rzeczy zdają się być na porządku dziennym.
A miłość? Lester też potrzebuje miłości tak, jak inni obecni w jego świecie. Tylko czy tu jest ona możliwa? Chyba nie, choć trudno powiedzieć, wszak miłość można różnie okazywać. Wydaje się jednak, że tu zamiast miłości jest pieprzenie się, spuszczanie się, dosiadanie córki czy nekrofilia. Czy on, Lester, i jemu podobni, też są dziećmi bożymi….? Cormac McCarthy próbując odpowiedzieć na to pytanie pokazuje nam w jaki sposób świat zewnętrzny obchodzi się z takimi jak Ballard. Kiedy szukają winnego, zawsze pada na niego. Przecież taki typ już tak ma, że co najgorsze, to on za tym stoi. Oby na pewno? Nie zawsze, ale poczynania tych z zewnątrz w końcu sprawiają, że nie ma sensu nawet sprawiać pozorów bycia lepszym. Bo i po co? Zawsze cię osądzą i będą na ciebie patrzyli z góry. Oni, ci z zewnątrz, są przecież lepsi. McCarthy stawia pytanie o to, jak bardzo potrafimy być okrutni i podli, i szybko na nie odpowiada: „Na mój rozum, ludzie są jednacy, odkąd Pan Bóg stworzył pierwszego[3].
Tam nie patrzymy. Historia opowiedziana w fotografiach
Cormac McCarthy słynie z niesamowitej precyzji i oszczędności językowej. U tego pisarza każde słowo i znak interpunkcyjny są wywarzone i zaplanowane z mistrzowską precyzją. Tym razem  opowiada swoją historię za pomocą literackich fotografii, przynajmniej takie jest moje oduczcie. Każdy kolejny rozdział (nie ma oficjalnej numeracji, podział tylko na trzy części) jest jak odwrócona fotografia, do której podchodzę, przekręcam ją i się jej przyglądam. To mroczne zdjęcia, na które większość z nas woli nie patrzeć, ani wiedzieć o ich istnieniu, bo przecież obnażają to, co najgorsze w świecie.
Patrząc na świat oczami Lestera
Nie jest to miła i przyjemna lektura. McCarthy bowiem wyrzuca na wierzch najgorsze brudy o nas ludziach w postaci jednego z takich, którego często określamy mianem tego najgorszego. Tylko czy my postawieni w takiej sytuacji, wrzuceni w tak okrutny świat nie zboczylibyśmy na ścieżkę, którą podążał Lester…? Nie jest to bowiem jedynie opowieść o pewnym dewiancie z marginesu społecznego; żyjącym poza społeczeństwem i bez jego zasad. „Dziecię boże” to także historia o tym, jacy jesteśmy, jacy potrafimy być, jak ci „lepsi” traktują tych niewidzialnych, tych „gorszych”. Patrząc na świat oczami Lestera potrafimy go zrozumieć, przynajmniej w takim stopniu, w jakim potrafi się pojąć drugiego człowieka. Oglądając świat z jego perspektywy zdajemy sobie sprawę, że świat jest niedoskonały i daleki od ideału. Niektórzy chcieliby, aby był lepszy, piękniejszy, ale zło chowa się dobrze przed światłem dziennym. Patrząc na ten świat jego oczami potrafimy nawet mu wybaczyć, ale czyż to nie jest chore? I dlaczego jesteśmy w stanie go zrozumieć? A może dzieje się to ze względu na to, że zdajemy sobie sprawę, że w każdym z nas czai się coś takiego nieujarzmionego, co w nieodpowiednim czasie i miejscu może spowodować, że wcale nie będziemy tymi „lepszymi” od niego. Czym się od niego różnimy? My mamy hamulce wpojone przez społeczeństwo, kulturę, religię. On nie.
Nie mogę nie wspomnieć o scenach w jaskini. To nie tylko tymczasowy dom, schronienie, kryjówka i miejsce zbrodni, ale i coś bardziej symbolicznego. Fragment, gdy McCarthy opisuje Lestera czołgającego się po grotach w poszukiwaniu wyjścia ma w sobie coś mrocznego i pierwotnego. To próba nie tylko wydostania się na zewnątrz, ale i próba wyjścia ze świata ciemności i zła, nawet za najwyższą cenę, to wyłonienie się z ciemności ku światłu.
„Dziecię Boże” nie jest najlepszą powieścią Amerykanina, ale znakomicie ukazuje autora jako mistrza słowa oraz wyśmienitego pisarza-obserwatora. Jak zwykle u McCarthy’ego temat jest mroczny. Grzech, niedoskonałość, zło, samotność, zrozumienie – tematy stare jak świat, ale z jaką świeżością pokazane w kontekście pewnego popaprańca – Lestera. Cormaca McCarthy’ego nie każdy czytelnik musi polubić, nie każdy będzie w stanie go polubić, ale wyrazistość stylu i poruszane tematy sprawiają, że warto po niego sięgnąć.
„Dziecię Boże”, Cormac McCarthy, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2009.

Oficjalna strona autora: http://www.cormacmccarthy.com

Polska strona autora: http://www.cormacmccarthy.pl


[1] „Dziecię Boże”, Cormac McCarthy, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2009, s. 27.
[2] Tamże, s. 11.
[3] Tamże, s. 189.

Informacje o Alice

Fall in love with writing...
Ten wpis został opublikowany w kategorii Przeczytane i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

12 odpowiedzi na „Dziecię Boże („Child of God”), Cormac McCarthy

  1. Onibe pisze:

    doczekaliśmy się ;-)
    baaardzo fajny tekst, myślę że literatury tego typu/pokroju/kalibru nie da się zrecenzować krócej, zbyt wiele jest w niej niuansów, nieoznaczoności. Obecnie boleję z tego powodu, że nie potrafię się przymusić do literatury tzw. ambitnej. Jeśli już, to co najwyżej twardą, trudną science fiction… ale przyjdzie taki moment, może już niedługo, kiedy będę musiał odreagować. Cormak byłby niezłym obiektem. Tak czy siak, dopisuję go obok kilku obiecujących pozycji od Luizy… i idę się modlić, żeby mi się tak chciało, jak mi się ostatnio nie chce, bo inaczej to na listach się skończy ;-)

    mam jednak do Ciebie jedno pytanie: czemu uważasz, że nie jest to najlepsza powieść Cormaca? Czy poza „gęstością” opowieści jest to kwestia także warsztatu literackiego? Czy po prostu ta historia mniej przekonuje niż pozostałe tego autora?

    • Alice pisze:

      Musiałam się w końcu spiąć;-) Tak, jak napisałam w tekście (przynajmniej takie są moje odczucia) bez odpowiedniego nastawienia i nastroju na taką literaturę, jaką tworzy Cormac McCarthy trudno wbić się w fabułę. Świat, który nam przedstawia jest mroczny, a tematy trudne. Do tego pisze dość specyficznie i zarazem bardzo charakterystycznie; krótko, oszczędnie, surowo, konkretnie. Momentami czyta się to jak poezję pisaną prozą. Powiem Wam szczerze, że do dziś dnia nie mam do końca wyrobionego o nim zdania, a raczej nie wiem czy bardziej go lubię, czy też i nie. Nie mogę mu jednak odmówić tego, że potrafi tak pisać i tak konstruować powieść, że zawsze pozostanie w głowie najważniejszy obraz-przekaz. Mocno wpływa na wyobraźnię i potrafi konstruować takie sceny (przynajmniej jedna zawsze tak mocna i wyrazista jest w jego powieściach), że nie zapomnisz o niej. Niewątpliwie to jest jego siła, bowiem patrząc na wielu innych współczesnych pisarzy nie mają tej siły, nikną w gąszczu innych powieści i pisarzy. Jego siłą jest styl pisania, ale z drugiej strony sporo osób nie cierpi jego stylu…
      A odpowiadając na Twoje pytanie. Pisząc, że nie jest to najlepsza jego powieść nie miałam na myśli poziomu warsztatu literackiego czy też tego, że historia nie przekonuje, bo przekonuje już przez sam fakt, że autor oddał (dosłownie) głos bohaterom. Po prostu „Dziecię Boże” to nie ten sam format znaczenia dla literatury amerykańskiej, jak np. „Krwawy Południk” czy też „Rącze konie” i”To nie jest kraj dla starych ludzi”. Poza tym we wspomnianych tytułach jest też zawarta o wiele mocniej kwintesencja jego stylu. Cormac na pewno jeszcze się u mnie pojawi, ponieważ lubię pisarzy, z którymi zmagam się i nie do końca wiem co mam o nich myśleć. Tymczasem maraton z lit. amerykańską trwa i czytam Johna Updike’a.

      • Onibe pisze:

        o, Updike… będzie zatem ciekawie ;-). Przypominasz, że literatura amerykańska to nie tylko banalne lelum-polelum, ale i sporo tekstów ważnych, głębokich i cennych. Przyznaję, że tyle się naczytałem amerykańskich przeciętności, że aż trudno mi w to uwierzyć ;-). Zobaczmy teraz co napiszesz o Updike’u… ;-)

      • Alice pisze:

        Mi w ostatnim czasie to literatura amerykańska kojarzyła się jakoś z wampirami:D Prawda jest taka, że oprócz tej szeroko pojętej lit. rozrywkowej, w której Amerykanie wiodą prym są autorzy i powieści z górnej półki piszący o istotnych sprawach.
        Zdecydowałam się na „Terrorystę” tego autora, ponieważ temat bardzo mnie interesuje. Relacja pewnie niebawem;-)

      • Onibe pisze:

        Terrorysta… pasuje do tzw. czasów bieżących ;-)

      • Alice pisze:

        Tak, to rozliczenie autora z Ameryką po 11 września 2001.

      • Onibe pisze:

        oj, mają Amerykany z tym zgryz, oj mają ;-). Dla twórców to cały nowy kosmos treści…

      • Alice pisze:

        Pewnie. Do tej powieści zachęcił mnie fakt, że autor próbuje wejść w umysł i zrozumieć motywy potencjalnego terrorysty. Ciekawa sprawa. Póki co nie zdradzam wrażeń;)

      • Onibe pisze:

        czekamy zatem na finał ;-)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s