Grudzień czas zacząć, czyli o wszystkim i o niczym

Po nowym roku planuję zmienić formułę bloga, no, ale jak to wyjdzie w praniu przekonacie się już niebawem. Swoją drogę bardzo chętnie wysłucham Was; czego więcej chcielibyście tu mieć? Wszelkie uwagi czy podpowiedzi są mile widziane;-) Tymczasem u mnie za oknem biała pierzynka okryła świat, wszystko dookoła wygląda niczym  piękne ilustracje wyjęte wprost z bajek dla dzieci o zimie. Mam za sobą pół dnia odpoczynku (wreszcie!) i postanowiłam skrobnąć  posta o wszystkim i o niczym;-)
Po pierwsze „Terrorysta” i John Updike trochę mnie terroryzują, ale chyba na tyle słabo bo coś marnie mi idzie skończenie tej lektury. Niebawem więcej w cyklu maraton z amerykańskimi klasykami, ale mogę Wam uchylić rąbka tajemnicy i powiedzieć, że na ten moment, połowa lektury, powieść mnie trochę rozczarowała. Po opisie tego tytułu byłam żądna (o, tak! żądna!) trochę mocniejszego eksploatowania tematu. No, ale jeszcze „czyta się”, może jeszcze coś się zmieni…
Po drugie „The River”. Obiecałam Wam oddzielnego posta o tym serialu, ale patrząc na to jak mi ostatnio idzie realizacja tego, o czym bym chciała tu napisać, dziś poświecę mu zaledwie kilka słów i to będzie koniec tematu z mojej strony. Powiem tak, macie dużo wolnego czasu, to jak mawia jeden mój znajomy „luknijcie i zobaczta co to jest”. Jeśli jesteście fanami filmów typu „Paranormal Activity” (ja jestem wrogiem tej serii) czy kręcenia kamerką z ręki (to już lubię) to zapewne na poziomie realizacji serial może przypaść Wam do gustu. Z fabuły: sławny podróżnik ginie w Amazonii (mnie prywatnie chociażby osadzenie fabuły w tej scenerii przyciągnęło, ale niestety na poziomie wykonania byłam rozczarowana), gdzie miał nakręcić nowe odcinki do bardzo popularnego programu telewizyjnego. Gdy po sześciu miesiącach z jakiegoś nadajnika jego żona otrzymuje sygnał o tym, że być może przeżył postanawia zebrać ekipę i wyruszyć na poszukiwania. Oczywiście dość szybko okazuje się, że nasz podróżnik chciał odnaleźć „magię”. Więcej z fabuły nie powiem, aby nie psuć seansu osobom, które jeszcze nie widziały „The River”. W ogóle to z tym serialem to jest tak, jak ze wszystkim na co mają pomysł i przesadzą w jedną czy w drugą stronę. Po pierwsze (dla mnie) wielkim minusem tej produkcji jest jej wyczuwalna sztuczność, co przy serialach czy filmach kręconych tą metodą (kamerką z ręki) jest niedopuszczalne. Poza tym choć są sceny, które mogą zrobić wrażenie czy nas przestraszyć to są tak zrealizowane, że czułam się jakby reżyser najpierw przez 15 min mnie przygotowywał i mówił lepiej usiądź wygodnie w fotelu, spokojnie oddychaj bo za rogiem czeka potwór więc lepiej żebyś nie spadła na podłogę (być może przesadzam, ale czego to ja już w tej konwencji nie widziałam więc oczekuję strachu, chcę się bać, żądnam prawdziwych emocji:D). Do tego postacie, jak dla mnie, oklepane i nudne. Dialogi doprowadzały mnie do senności… W sumie oglądając „The River” czułam się jakbym była raz na seansie „Paranormal Activity”, to znowu jakiegoś filmu z anakondą, „Nie z tego świata”, „Noc żywych trupów”, „Laleczka Chucky”, pojawiło się i coś z cyklu „Z archiwum X”, „Zagadki kryminalne Miami” (ha! chyba z Amazonii:D). Mogłabym Wam tak w nieskończoność wymieniać zabawne aluzje, jakie mi się nasuwały w trakcie seansu. Podsumowując; szkoda czasu, bardziej określiłabym „The River” jako twór, a nie serial:D No, ale to pewnie rzecz gustu, choć Wiecie jak to jest z dzisiejszymi serialami i gustami…
Po trzecie jakiś czas temu obejrzałam hiszpańsko-kolumbjską produkcję „La cara oculta” (The hidden face, 2011). Jest to thriller, który okazał się tak wielkim i pozytywnym zaskoczeniem, że jestem aż gotowa powiedzieć, że dawno żaden film (już nawet nie mówiąc o tym gatunku) mnie tak nie przekonał do siebie. Świetny scenariusz, dobrze zagrane (przez ładne aktorki!) i to zaskoczenie. Niebawem postaram się napisać o tym tytule więcej bo naprawdę zasługuje na uwagę, ale już dziś chciałam Wam go gorąco polecić. P.S.: oprócz opisu filmu nie czytajcie nic więcej, aby nie popsuć sobie seansu. Swoją drogą Luiza w trakcie jeden z konwersacji zmotywowała mnie do napisania czegoś o transwestytach w hiszpańskim kinie… Cóż… oby grudzień pozwolił na stworzenie dla Was czegoś ciekawego;-) Bo może okazać się to naprawdĘ bardzo ciekawe zagadnienie;-) A teraz wracam do leniuchowania!:-)

Informacje o Alice

Fall in love with writing...
Ten wpis został opublikowany w kategorii Artykuł. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Grudzień czas zacząć, czyli o wszystkim i o niczym

  1. Onibe pisze:

    miałem przyjemność(nie) oglądać „River”. Moim zdaniem strata czasu, ale w temacie seriali jestem dość wybredny. Na razie – po bardzo, bardzo długim maratonie – trafiłem na 2-3 które mi przypadły do gustu, ale tylko jeden mnie autentycznie wciągnął. Pewnie skrobniemy o nich z czasem ;-)

    czekamy na nową formułę jeden bloga ;)

  2. W mojej niekończącej się liście co-bym-chciała-kiedyś-przeczytać John Updike także się znajduje ; )
    Będę czekała na cykl amerykańskich klasyków xD

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s