Wieczna lekkość

„Wieczną lekkość” napisałam w 2016 roku. Myślałam, aby opowieść rozbudować i stworzyć z niej coś większego, ale zajęta pisaniem innych rzeczy jakoś tak zupełnie o niej zapomniałam. Wiem, że zagląda tu kilku wiernych czytelników, których ostatnimi czasami mocno zaniedbałam, to dla Was;-) I nie tylko, udostępniam „Wieczną lekkość” dla wszystkich tych osób, które tu trafią i będę miały ochotę na jej lekturę. P.S.: Tekst jest w wersji roboczej (wciąż nie wiem czy zostawić go w takim stanie, czy rozbudować) więc wybaczcie mi jego techniczne ułomności. Życzę przyjemniej lektury! A. 

1.

Weszli do mieszkania. Miłą dla oka przestronność i stylową nowoczesność boleśnie krzywdziło zimno. A było ono ciężkie, dotkliwe, przejmujące i zarazem miało w sobie coś złowieszczego. Jakby chciało ostrzec – uciekaj zanim będziesz zgubiona. Oplatało jej szyję, ocierało się o ciało, starało się odwieść od tego, co nieuniknionym się stanie jeśli zostanie. Nie dam ci nic dobrego – szeptało do ucha rysując czarny scenariusz. Przybrało kształt, przynajmniej jej się tak to jawiło. Stało się czymś w rodzaju zjawy, która choć w swej naturze jest zła chce cię uprzedzić przed katastrofą. Wynoś się, wynoś się, no już, już – wrzeszczała. On zamknął drzwi i przekręcił kluczyk w zamku. Odgraniczony od niej niewidzialną, toporną ścianą nic nie słyszał. Stali obok siebie, ale ani wtedy, ani nigdy później nie widzieli się naprawdę. Ona spojrzała w jego oczy. Patrzył na nią, to pewne, ale była tam dla niego jako ktoś zupełnie przezroczysty. Wstrząsnęły nią dreszcze. Przeraziło ją puste, szare spojrzenie mężczyzny. Nie było w nim niczego. Uchwyciła w nich jedynie pustkę, którą gardziła. Dostrzegła też pożądliwość. Tę najbardziej pierwotną i krwiożerczą. Przeraziła się lecz w tym lęku, który przepłynął przez jej ciało odnalazła też ciekawość. Niezrozumiałą i jątrzącą potrzebę brzydkiego doświadczenia, które ją odmieni. Da znów odetchnąć pełną piersią. Instynktownie spuściła wzrok. Ostatnie czego w tej chwili potrzebowała to odkryć się przed nim. Najgorsze, co mogło zdarzyć się jej w tej chwili, to odkryć się przed samą sobą. Wiedziała, że jak każda kobieta jest niezbadanym wszechświatem żądnym dobrych i złych przeżyć, mogła się tego zapierać, ale nie potrafiła się oszukiwać. Przyprowadziła ją tu najbardziej zwyczajna i ludzka ciekawość oraz to pragnienie… zapomnienia i zmycia z siebie przeszłości. Czasem, jak właśnie w tej oto chwili, łapała się na tym, że zachowuje się niczym dziecko. Być może gdzieś tam w najgłębszych zakamarkach siebie wciąż nim była. Bez tej części nie byłaby sobą. Jesteś niewinnie naiwna – podszeptywało zimno obmacujące to jej pośladki, to znowu piersi, to bijąc ją po twarzy niczym kat swą ofiarę. Słodka głupota, tak nazywała ten stan. Niepojęte, że tak zdroworozsądkowa natura poddała się szaleństwu i oto surrealistyczny scenariusz nabierał barw, rumienił się, zaczynał żyć. Przymknęła powieki. Nie powinna tutaj się znaleźć. Obraz, który rysował się przed jej oczami nie był snem, wszystko „dzieje się”. Palił ją ten widok. Westchnęła. Była bezradna i skołowana, ale za przekroczeniem progu tego mieszkania stała również jedna z najbardziej świadomych decyzji. Koniuszkami palców delikatnie przesunęła po ustach. Dolna warga leciutko zadrgała. Zdarzyło się jej zastanawiać jak to jest znaleźć się w takiej sytuacji, ale nie przypuszczała, że znajdzie w sobie tyle odwagi, aby to zrobić, by ta sytuacja zdarzyła się. Ogołocenie się z emocji tylko po to, aby doświadczyć nie leżało w jej naturze. Ogołocenie się z emocji tylko po to, aby wymazać pamięć brzmiało jednak już nie tak niedorzecznie. Miała nadzieję, że to coś więcej, tak naprawdę chciała okłamać się, że to coś więcej. Było to nic ponad zanurzenie się w lodowatej wodzie, aby obmyć ciało z brudu, który przykleił się do skóry stając się mu ciężarem. Denerwowała się, ale wypierała lęk nawet przed samą sobą. Małe kłamstwo pozwoliło na chwilkę zwieść umysł i poddać się tej ułudzie. Poczuła skaczące po ciele dreszcze. Zachowywały się niczym przeraźliwie wygłodniałe hieny, które chcą cokolwiek uchwycić i pożreć. Kłamstwo, którym nakarmiła umysł jednak nie było tak dobre, jak spodziewała się, że będzie. Objęła się rękami i odeszła w kąt zimnego salonu. Biel ścian w połączeniu z ciemnymi framugami małych okien tworzyła coś na kształt więzienia. Poleciała łza, potem kolejna. Szybko obtarła je dłonią i odkręcając się do towarzysza posłała mu uśmiech z rodzaju tych najbardziej fałszywych. Patrzyła w jego szare oczy, a te były niczym lód. Chciała zawrócić, wyjść, uciec. Znaleźć się jak najdalej. Być gdziekolwiek, byle nie tutaj, nie z nim. Nie mogła. Od dawna potrzebowała bodźca, który zapoczątkuje serię zdarzeń odmieniających jej życie. Nie ważne, że bała się i brzydziła się tym, czym może za moment się stać. Liczył się cel: bycie wolną. Postanowiła opuścić ciało. Udać się gdzieś tam daleko w najodleglejszy zakamarek wszechświata. Wyobraziła sobie staw na skraju jakiejś maleńkiej wioski. Przy jego brzegu szumiące brzozy, tataraki, bujna trawa i stokrotki. Zanurzyła stopę. Zamknęła serce i duszę w szczelnej klatce. Zanurzyła się w zimnej wodzie. Była tam z nim, ale w istocie nie było jej tam nigdy.

2.

Kochała go nad życie. O wiele mocniej niż wydaje się, że można kochać drugą osobę. Tak, iż słowa nie są w stanie tego nawet spróbować wyrazić. Bo czymże są ludzkie słowa? Paplaniem, które i tak choćby nie wiadomo jak się starało nie podoła temu zadaniu. Bo to, co najważniejsze nie da się opisać, wysłowić i wyrazić. Kochała go tak mocno, że uczucie to miało w sobie coś niesamowicie dramatycznego. Tak jednak nie powinno się nikogo pokochać. Nadmiar miłości może wytrzymać tylko bóg lub bogowie. Ona była tylko człowiekiem i to kobietą, która wybierała na każdym kroku wolność. Nie wolność pojętą jako rozpustną uciechę, dziwkę, która wypatruje tylko kolejnej okazji, aby sobie dogodzić i zabawić się śmiesznością ludzkiej cielesności lecz wolność bycia tym, kim chciała i pragnęła być. Tymczasem miłość to niezła spryciara. Rozkładała ją na łopatki. Ona wpadła w zakochanie, później kochała nad życie, jeszcze później nie potrafiła bez niego żyć. Dalej i później doszła troska i dobro o niego, a jeszcze dalej i później „życie przed” i „życie po” już nie istniało bez niego. Nawet największy wojownik nie daje rady utrzymać najczystszej wolności. Bo ona gdzieś ucieka przez palce, usta i każdy centymetr ciała. Ich Miłość bolała ją, była cierniem i krzyżem. Stała się zarazem wybawieniem od szarości dnia, zbawieniem dla duszy i rozkoszą dla ciała. Oboje czuli się jakby każdego dnia ćpali boski narkotyk. Kochali się kosmicznie, żywo i wściekle. Zdawało się, że jakaś nienazwana siła złączyła ich na zawsze. Choć to zawsze ma ten ziemski mankament, iż kiedyś nadchodzi kres. Było to jednak ich zawsze, które im wystarczało. Przynajmniej na jakiś czas. Ujarzmiali swoje dusze i ciała. Dnie było rozświetlone, noce roziskrzone. Byli niczym dwa galopujące dzikie konie pośród bezmiaru wszechświata. Nic nie istniało poza nimi, a przynajmniej nic nie miało znaczenia. Rozradowani cieszyli się każdą chwilą jakby ta nigdy nie miała się skończyć i jednocześnie jakby ta nigdy nie istniała. Znaleźli się w jakieś nieznanej i nienazwanej czasoprzestrzeni istniejącej tylko dla nich obojga. Uwielbiała spoglądać mu w błękitne oczy i widzieć w nich Miłość. Czuć wiatr we włosach, powietrze, którego nie widać, ale być świadomą, że jest i przytula cię do swojej piersi. Oboje zdawali sobie sprawę, że takie uczucie zdarza się przeżyć tylko nielicznym i wyłącznie raz w życiu. Aż nazbyt dobrze. Przyrzekali sobie wieczność miliony razy. Nie wstydzili się jej. Wiedzieli, że inni zazdroszczą im ich aroganckiej, bezczelnej i nieograniczonej Miłości. Lecz wielkie uczucie prędzej czy później rani. Nosi w sobie coś tak beznadziejnego, fatalnego i katastrofalnego, że ma zawsze to samo zakończenie. Kiedy przyszła do niej świadomość, że muszą się rozstać znalazła się w miejscu, które zwą piekłem. Nie musiała umierać czy nawet wierzyć, że ono istnieje. Wiedziała, iż jest, bo była w jego samym centrum. Nic się nie skończyło. Paradoksalnie Miłość ich przygniotła, stłamsiła i wykorzystała. Tak bezczelnie oszukała. Przepiękna cwaniaczka jak zawsze okazała się arogancką egoistką, która śmieje się wszystkim prosto w twarz. Bo to, co boskie nigdy nie będzie należało do człowieka w całości i na wieczność. Ona była tego świadoma. Tak było z nimi.

3.

Zdzierał z niej ubrania. Beznamiętnie i bezlitośnie przeciągał swoje palce po jej nagim ciele. Przerażało ją to, skóra bledła, serce drżało. Patrzyła i milczała. Od czasu do czasu tylko odkręcała głowę w tył, otwierała usta i niemo pytała się – co się z tobą dzieje? Chciała powiedzieć – nie! Nie była w stanie. Nie mogła. Nie chciała tego powiedzieć. Wpiął się jej w usta. Był mechaniczny, przeciętny, zbyt przewidywalny, a przy tym stanowczy. Odpowiedziała dzikim pocałunkiem. Ukąsiła jego dolną wargę. Warknął ze złości. Poleciała kropla krwi. Chwycił ją w ramiona. Przeniósł do sypialni. Rzucił na łóżko. – Wiesz co robisz? – jej Anioł Stróż nie odpuszczał. Nie odpowiadała mu. Bała się go posłuchać tak samo, jak głosu rozsądku czy przerażonego serca. Cała trójka grzmiała. Za oknem zapadała ciemność. Na niebie nie pojawił się nawet księżyc. Zupełnie jakby cały wszechświat wołał – wyjdź stamtąd, uciekaj, to nic nie da! Zupełnie jakby cały wszechświat w tej oto chwili oddalał się i oddalał, aż całkowicie przestał istnieć i zniknął. Anioł Stróż, głos rozsądku i serce spoliczkowali ją. Wydzierali się na nią niczym matka na małe dziecko, które porządnie nabroiło. Gdy zatykała uszy on wpinał swoje usta w najintymniejsze zakamarki na jej ciele. Powinna coś czuć, poczuć cokolwiek. Był mechaniczny, ale to nie to. Był zimny, ale to nie to. Był zbyt odległy, ale to nie to. On po prostu chciał tylko jej ciała, a ona nie umiała się z tym pogodzić. Dawał wszystko, co powinno ją zaspokoić. Ale to było nawet mniej niż mało. Bo czymże jest miłość bez miłości? Czymże jest akt oddania się bez oddania? Czymże jest spojrzenie bez spojrzenia? Leżała i płakała. Kłamstwo nie uśmierzało bólu. Wszystkie strachy siedziały na krawędzi łóżka i wyszczerzały do niej zęby. Zdawało się, że mówiły do niej, i co? I co, zmyłaś to? Mężczyzna choć widział jej smutek, nie rozumiał go, nie miał też potrzeby zrozumieć. Leciutko pogłaskał ją po policzku, nic to nie dało. Wolność zawsze kosztuje i tej nocy z nieznajomym poczuła jej cenę, choć nawet jej nie dotknęła, spotkała się tylko z iluzją udającą wolność. Mdlący zapach jego perfum był na każdym skrawku jej ciała. Zmyła Jego, zapomniała o Nim, ale był teraz chwilowo On. Zaczęła się dusić i krztusić. Woda wpychała się w każdy zakamarek jej ciała, zalewała usta, ciągnęła w dół, odurzała. Była tam, a może jej tam nie było, bo zanurzona pod wodą mogła widzieć różne mary, kto to wie. Wtedy umarła po raz drugi.

4.

Kiedy po raz pierwszy na nią spojrzał, wiedziała. To był on. Tak wygląda, tak się porusza. To ten uśmiech. To on. Właśnie przechodził ulicą. Wiedziała, że to Miłość. Ta świadomość podeszła do niej i była pewna, nie potrzebowała na to żadnego dowodu. Uśmiechnęła się i w tej samej chwili jej torba upadła na chodnik. Nie było w tym żadnego podstępu, ot, zrządzenie losu, przypadek, a może właśnie zapisani byli sobie w gwiazdach (?). Tego nikt nie wie i nigdy się nie dowie. Podbiegł do niej. W jednej chwili przyklęknęli i zderzyli się głowami. Poleciała krew. Była to zaledwie kropla, ale kropla, która ich połączyła. Poczuła, że złączyło ich przeznaczenie, że wszechświat im sprzyja. Nagle mały świat stał się nieograniczonym wszechświatem. Otrzymali niezwykły dar, dar nieograniczonej Miłości. Zaczęła towarzyszyć im arogancka, egoistyczna i przepełniająca całe serce bezgraniczna Miłość. Zalewała ich, stała się częścią każdej trzewi, przepełniała ich dusze, wypełniała spojrzenie. Nie zwlekali nazbyt długo z bliskością. Udali się nad staw. Sielska sceneria i woda, na której przysiadły promienie słońca wzbudziły w niej pewność, że nic nie jest przypadkiem, iż właśnie z nim miała dziś się tu znaleźć, aby w scenerii pełnej cudów doświadczyć Miłości. Weszli do stawu, ciepła woda objęła ich ciała, kiedy jedno objęło to drugie. Otuleni sobą, Miłością i wodą zapomnieli o bożym świecie. Pragnęli siebie nazbyt boleśnie, obezwładniająco i przenikliwie. Złapał ich skurcz, ale zignorowali go, bo i po co przejmować się czymś tak nieistotnym, kiedy woda jest ciepła, rozgrzane ciało ukochanego obok, a słońce przytula się do pleców (?). Łączyli fantazyjną delikatność z wyuzdaną ostrością. Chcieli wszystkiego, już, w tej chwili, oto teraz. Ona nie umiała udawać, że potrzebuje go w każdej sekundzie. Oddychała dla niego i tak pewnego dnia zupełnie przypadkiem odkryła, że zaczęła przerażać ją ta Miłość. Zakrztusiła się. Ciepła woda łechtała, ale wpadała jej do ust. Pluła, pluła i pluła. Wypluła. Ta Miłość była zrządzeniem losu, najwspanialszym darem i jednocześnie więzieniem, którego mury zbudowali sobie sami, a może Ona sama lub On, trudno orzec, kiedy woda rozmywa granice. Kiedy jedno próbowało zabić się w imię wolności, drugie to pierwsze ratowało w ostatniej chwili. Tak było przez długi czas, czas ich wiecznej Miłości żyjącej w zupełnie innej czasoprzestrzeni. Aż w końcu zdarzyło się coś, co pozwoliło jej nabrać odwagi. Zrobić to, co powinna. Miał miejsce wypadek. Czyżby to plan wszechświata? Nie wiadomo. Czyżby to zwykły przypadek? Nie wiadomo. Wpadła pod koła samochodu. Zdarzają się wypadki. Zdarzył się i jej. Kiedy leżała na intensywnej terapii, którą wypełniała biel, stara pielęgniarka w wielkich okularach zerkająca w twarz i odgłosy pikającej aparatury; od czasu do czasu podnosiła obolałe powieki. Nie widziała go w drzwiach, nie było go tam, coś w niej zaczęło pękać, aż posypało się i przypominało ziarenka maku. Przez trzy dni ratowania jej życia zrozumiała. Lekarze skakali wokół łóżka, walili po klatce piersiowej, podłączali do urządzeń, które tylko pikały i pikały, a ją rwało, darło i bolało. Pragnęła móc zanurzyć się w wodzie, wodzie, którą obmywała ciało co dnia, a teraz było to jedynie czymś na kształt marzenia. Marzyła o tamtym stawie i chwili, ale nie mogła tam wrócić, żadną siłą nie mogła, nie miała daru skakania po linii czasu. Każda miłość, nawet ich Miłość, ma ograniczenia. Twarz poorana w ranach, jeszcze do końca nie wymyta krew z włosów, nieruchome nogi. To właśnie było ograniczeniem ich Miłości. Przymknęła powieki i stała tam, nad brzegiem tego stawu, teraz tylko nie świeciło słońce a brzozy nie szumiały tak pięknie, jak tamtego dnia. Tak przynajmniej myślała. Lekarze pocieszali, rodzina wspierała, przyjaciele dodawali otuchy. Jego nie było, nie było obok, nie było przy niej. Zniknął. Przymykała powieki, nie mogła go dostrzec także nad ich stawem. Stchórzył bo jak później wyznał, trudno w takiej chwili spojrzeć Miłości w oczy. Aparatura pikała, ciało rwało z bólu, ona cierpiała, jego nie było. Wtedy zanurzając się w wodzie zakrztusiła się Miłością, przeraziła się, ale w głębi serca nie widziała siebie bez niego, bo jej serce przykleiło się do jego serca. Zbiegły się wszystkie pielęgniarki, cały zespół specjalistów; jeden z najwyższych lekarzy coś krzyczał zrywając koszulę z jej klatki piersiowej. Aparatura już nie pykała, wyła obwieszczając wszem i wobec, że ktoś kolejny, że Ona, schodzi, schodzi z tego ziemskiego padołu. Wtedy zobaczyła siebie nad stawem, do stawu coś wpadło, skoczyła w wodę. Leciała w dół, leciała i leciała, aż dostrzegła. To  było serce. Złapała się za klatkę piersiową. Aparat wył, rwało go do ucieczki, nie mógł patrzeć na całe to jej schodzenie. Pojęła w mig, że pod dłonią ma dziurę, a tamto serce, to jej serce. Zatonęło wprawiając ją w zagubienie. Mijały sekundy, minuty i godziny. Intensywna terapia stała się świadkiem katuszy, a widziała ona wiele. Tuż po wschodzie słońca poczuła promyk na policzku, a później kropelkę wody na wardze. Zjawił się On, wreszcie. Pachnący jak jakiś tani playboy wkroczył do sali. Poleciały jej łzy. Nie obtarł ich. Prawił o przejrzeniu na oczy, o lodowatej wodzie i tym, że Ona nie jest taka, jakby tego chciał. Słowo ułomność wisiało w powietrzu. Nie chciał wysłuchać bólu, nie pozwolił mu ujść, nie pozwolił jej poczuć się jak dawniej. Poczuła jak wpada do wody, a ta jest lodowata i ma macki, które ją chwytają. Wtedy po raz pierwszy umarła.

0
(Punkt krytyczny)

Rozmowa o ich wiecznej i nieskończonej Miłości skończyła się awanturą. Wypluł na nią wszystko, co zalegało w jego wnętrzu, a było tam, oj było, wiele. Ona słuchała i nie potrafiła otworzyć ust, co też mogłaby odpowiedzieć. Ich Miłość zmieniła się, miała znamiona choroby, lękała się jej, była ponad jej siły, zagarnęła całą wolność, zamknęła ją w klatce. To chciał usłyszeć? Nie, nie mogła mówić. Rzuciła się przed siebie, pchnęła drzwi, przebiegła ogród, popchnęła bramkę, była na ulicy. Dzień był podobny do wielu innych, brakowało mu jakichkolwiek znamion nadzwyczajności. Biegła i biegła, a nogi niosły ją i niosły tak długo, że w pewnym momencie upadła wprost pod stopy pewnego łajdaka, bynajmniej nie zaćpanego, a spaczonego na umyśle i ciele. Wyglądał normalnie, podniosła spojrzenie i zrozumiała, że na tym kończy się jego normalność. Pac. Wrzucona do chochlującej się wody nie krzyczała, bo i jak, kiedy chwilę wcześniej we wnętrze ust wciśnięto śmierdzącą szmatę i to coś, coś, co nie powinno się w nich znaleźć. Roztopiona we wrzątku, który tworzy nowe istoty. Zagotowana ze łzami, wykrzywionymi w bólu ustami i oczami pełnymi najprawdziwszych strachów. Potem wywleczona z parzącej wody, zniekształcona, poparzona i ledwie dychająca, wymiętoszona, a raczej resztki, które z niej pozostały. Następnie rzucona na ścianę. Sprana na kwaśne jabłko. Obłożona pięściami, przyjmująca kopniaki, zalana czymś cuchnącym, zdecydowanie o pierwiastku męskim. Wciśnięta pomiędzy zapleśniałą ścianę, zapchlone łóżko i domek karaluchów. Rozłożona na zimnej betonowej posadzce na plecach zupełnie niczym zarżnięty świniak. Cięcie. Bebechy wypadają na wierzch, krocze rwie, pali i wrzeszczy, nogi czują jedynie odrętwienie. Skurcz. Wymioty wylatują na wierzch. Krztusi się. Krew, pełno krwi, wszędzie krew. Próbowała nie patrzeć, nie myśleć, nie czuć, ale siłą rzeczy patrzyła przez palce, myślała o wyrwaniu się i niemocy, czuła cielsko falujące w takt rytmicznej mrocznej muzyki i zrozumiała. Uciec mogła tylko jedną drogą, posłała kłamstwo do swojego umysłu, a to małe oszustwo choć nie kryło się ze swoją naturą, pozwoliło poczuć wodę. Czerwona twarz, czerwone dłonie i czerwone łono, a nad nią falujący ktoś, ktoś, kogo część penetruje jej łono powoli niknęli z jej świadomości. Bydle odbierające godność, skurwiel odbierający normalne życie, szuja odbierająca jej ją i zwierzę zjadające ją by już nigdy nikt właściwy nie mógł jej mieć, zniknęli zabrani przez wodę. Przymknęła powieki. Woda lodowata jak lód otoczyła ją z każdej strony. Krztusiła się, ale w tym zimnie nie czuła piekła. Otulona wodą znalazła się nad tamtym stawem z brzozami pięknie szumiącymi, tatarakami lekko kiwającymi się w boki i bujną trawą, w której leżała z Nim. Wtedy umarła po raz trzeci.

5.

Wybiegła z jego mieszkania. Rzuciła się do tramwaju. Przed oczami miała siebie na intensywnej terapii i Jego nieobecność. Pojawiła się też scena, kiedy wyprostowany wchodzi do szpitalnej sali. Myśli o sobie, nie o niej. A ona tymczasem nie wie co z jej życiem. Bo życie stanęło jej przed oczami. Ciało obdarte z wolności pachniało innym i było jakieś takie martwe i sine. Spotkała się ze Śmiercią i Upodleniem pod falującym ciałem, którego ciężaru nie chciała czuć, którego się brzydziła, siebie się brzydziła, a jego to nie obeszło, przynajmniej nie w ten pożądany przez nią sposób. Kiedy stanęła na nogi patrzyła na świat z innej pespektywy. Każdy krok był czymś wspaniałym, ale i przybliżeniem się do nowej rzeczywistości, w której brak tego, kto nadał wszystkiemu sens. Znowu dotykała ziemi, znowu czuła własne stopy, znowu była sobą, ale nową wersją siebie, którą wcale nie chciała być. Pojechała na dworzec. Wsiadła w pociąg. Za oknem niczym podczas seansu w kinie mogła obejrzeć wszystko, co zdarzyło się w jej życiu. Wszystko wokół łącznie z nią grzmiało o pomstę do nieba. Płakała, a każda łza wcale nie wymywała z niej poczucia winy i tego przeklętego poczucia zgrzeszenia, które w jakiś dziwaczny sposób było dla niej szansą powstania z martwych i ponownego spróbowania wkroczenia do żywych. Pojawił się oddech. On był bez znaczenia, zwykły diabelski środek do celu, nic więcej ponad to. Lecz pierś znów poruszała się. To takie przyjemne uczucie móc znowu oddychać pełną piersią, nawet skalana tym całym grzechem – wyszeptała sama do siebie. Podróż minęła szybko. Po jej głowie zaczęła krążyć myśl podsycana przez Anioła Stróża, zdrowy rozsądek i serce – jak mogłaś? Dojechała do celu. Wiedziała, gdzie musi się udać. Jego już dawno przy niej nie było, on podczas szybkiej kąpieli po jej wyjściu zmył ją z siebie, a Ona wciąż czuła się tak ciężko. Staw koło lasu leżał około dwudziestu minut od przystanku. Szła spokojna. Niósł ją tam Anioł Stróż, rozsądek, serce i bezgraniczny Wszechświat. Wszyscy chcieli dla niej najlepiej. Wszyscy łącznie z nią wiedzieli, że miała to nieszczęście stać się uwikłaną w dramat uczuć, z którego jest tylko jedna droga do wyzwolenia i wiecznej wolności. Bez zbędnego pośpiechu zsunęła z siebie ubrania. Naga przypomniała sobie ostatnią noc, tamtą noc, wiele nocy i ostatnie lata. Wszystko odmienił ten wypadek i przypadek. A może już tak miało być między nimi? A może od początku byli skazani na taki scenariusz? Jego wieczna i niepojęta Miłość skończyła się. A kiedy ona stanęła na nogi i znowu promienie słońca mogły przysiadać na jej karku, nie chciała go. Nie potrafiła udawać, że nie było go wtedy w tamtych drzwiach na intensywnej terapii. Nie potrafiła zapomnieć, że odepchnął ją, kiedy tamtego wieczoru z poszarpanym łonem skażonym obcym i pomalowanym krwią stanęła na jego ganku. Przeżyła, ale paradoksalnie powrót do świata żywych stał się początkiem zejścia. Gdy obciążona kilkunastoma kamieniami rzuciła się do zielono-szarej wody zachodziło słońce. Anioł Stróż siedział na ogromnym kamieniu i przyglądał się całej sytuacji, modlił się, ale ona nie patrzyła, słuchać też nie słuchała. Wszechświat przybliżył się do niej. Znowu miała otwarte do niego wrota, znowu mogła tam być i cieszyć się tym, co kosmiczne. Kiedy po raz ostatni patrzyła na świat, płakała. Anioł Stróż przybliżył się i z całych sił ją przytulił, potem zatrzepotał skrzydłami i obiecał ponowne spotkanie, ale nie tu, już nie tutaj. Przepraszała bliskich i tego, który wszystko to wokół niej stworzył, Jego też, bo choć koniec końców nie była mu tym, kim on dla niej, tak czuła. Anioła Stróża, także, jego najbardziej. Wierzyła i ta wiara nauczyła ją poczucia winy. Czuła się winna. Ale w tym poczuciu winy znowu stawała się wolna. Nie umiała żyć bez miłości, bez tej Miłości, jej serce wciąż przyklejone do Jego serca nie miało zamiaru wrócić na swoje miejsce. Nie potrafiła żyć z hańbą wytatuowaną pod skórą, inni nie wiedzieli o tym, ona i On tak, to wystarczyło. Nie chciała żyć z poczuciem grzechu i winy. Może gdyby On był tym, kogo w nim widziała, a nie tym, kim okazał się być… Skoczyła. Woda była ciepła, dobra i miła; niczym kochająca matka. Nie czuła wody wchodząc coraz głębiej i głębiej, później nie czuła gruntu pod stopami, by w końcu oderwać się od ziemskiego bytu i stać się lekką. Utonęła lecz ona nie widziała topielca, a tego co zaszło nie nazwałaby utonięciem. Tym razem odeszła na zawsze. Odchodząc zobaczyła odbicie czyjejś twarzy w wodzie. Długą chwilę przypatrywała się odbiciu aż pojęła, kim jest ów postać. To była Ona. Wolna Ona. Ona ze skrzydłami. Wreszcie poczuła spokój, a gdy przyłożyła dłoń do piersi, poczuła serce, znów było na swoim miejscu. Choć była już inna, wróciła do niej ta, która na chwilę ją opuściła w dniu pojawienia się tej całej Miłości. Lekkość, ta z rodzaju tych wiecznych, podpłynęła do niej. Zamknęła powieki. Poczuła się lekka, wiecznie lekka. Woda ją otoczyła i zabrała. Wtedy po raz ostatni umarła, a brzozy szumiące nad stawem wszystkim kochankom zanurzającym się w wodzie wyśpiewują pieśń o niej.

Alicja Szulborska

©Wszelkie prawa zastrzeżone przez autorkę. Kopiowanie lub rozpowszechnianie utworu w jakiejkolwiek formie lub części zabronione bez zgody autorki © All rights reserved Alicja Szulborska 2016
Reklamy

Informacje o Alice

Fall in love with writing...
Ten wpis został opublikowany w kategorii Proza i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s