Eksperyment: „ABC”

Zdjęcie: earthroom

„ABC” to część czegoś większego, czegoś, co śmieję się, że jest tworem-dziwolągiem. Ten potworek jest dla mnie swego rodzaju eksperymentem. Zapragnęłam napisać coś osobliwego o tym wszystkim, co mnie niepokoi i smuci oraz jątrzy i wkurza. Taka „zwyczajna” proza wydała mi się być pozbawiona tej dziwacznej peleryny, którą chciałam „narzucić” na opowieść, aby ta była bardziej symboliczna, i abym mogła więcej opowiedzieć. Niniejszy fragment (tekst w stanie „surowym”) powstał 31 stycznia 2017. 

Był dzień numer 1. ABC miała dość. Nic jej nie szło. Ona także stała, bynajmniej nie dotyczyło to postawy pionowej i jakichkolwiek bzdurnych odniesień do grawitacji. Nazywała to martwicą, dołem, w który wpadła, i z którego nie mogła się wygramolić na żaden sposób. Coś gdzieś puściło, albo nie spiknęło i z czubka góry Tej-Tam-Wysoko opadała tak, że aż gruchotnęła w tę oto ziemską czeluść. Wiedzieć trzeba, że Ziemia się nie wzruszyła, bo wzruszać od zarania dziejów się nie wzruszała. Nawet jako Ziemia Matka nie porusza się na tego typu sprawy. Gadali „ty-to-ta-z-przyszłością”, piękna duszyczka, która wznosi się ponad tym, co belzeludzkie, znaczy proszę ja was ludzkie, ale wiecie jak to z tymi człekowatymi jest, człowieczeństwa zawsze im brakło i brak do dnia dzisiejszego pańskiego, świętego, przenajświętszego. Jakby nieszczęść mało, chcenie wyparowało z jej żywota. Najpierw zadymiło się. Później coś obłąkańczo szarego unosiło się w powietrzu. A na koniec niczym mgła opadło zwijając swoją suknię wraz ze znikaniem z podwórek poranka i coś jej pokazało ępud, czyli d-u-p-ę. Dopisać należy w tym ważnym miejscu dla ważności niniejszej historii: słowo d-u-p-a wyginęło ze słownika języka naszego tak samo, jak pradawny człeko-kształtny-czujący-człowiek z Ziemi-01. Nie do wyobrażenia te wrażenia! Na domiar złego, straciła wiarę. Wierzyła bo wierzyć trzeba, ale i wierzyć chciała, kiedyś tak było, przynajmniej tak myślała, że tego chciała, ale najwidoczniej ta wiara małą wiarą było, albo oszukańczym czymś-co-niczym-nie-jest. Wiara ograbiwszy ją z tego, co najczystsze i najpiękniejsze w jej duszy, zwinęła się niczym najzwyklejszy złodziej. Bo postanowiła odwrócić się od B-o-g-a i mu podobnych Stworzycieli, którzy ją od początka-początków wykorzystywali do eksperymentów na tych całych ziemio-ludziach przekształconych teraz w belzeludzia. Z wielkim worem, na ugiętych kolanach, ze zgarbionymi plechami taszczyła to wszystko, czego ją pozbawiła. A ukradła wszystko, spustoszyła to wnętrze niczym profesjonalista konfesjonalnie zabierając nawet grzechy wszystkie. W dzisiejszych czasach wszak można handlować czym popadnie: sercem, flakami, grzechami, chcicą też czy tym, co nie widać, a co każdy wie, że powinno w nim być. Tak oto powstał belzeludź, co ma duszę, ale de facto jej nie ma, bo co  ziemskie ziemskim musi być i już! Pustakami się nie nazwą, choć kto tam ich wie, jak to będzie za wieków kilka z takimi siano-mózgami. Ciekawe, ile dostanie za jej wnętrze…(?). Pojawicie się na targu targować o targu wartą duszę? Lecz wracając do sedna tej opowieści. ABC miała dość. Wszystkich i wszystkiego. Burzyła się wpieniając resztki czucia-człeczego-czucia. Kiedy nadszedł dzień numer 2 postanowiła

3

Zdjęcie: Ajale

nic nie postanawiać. „Nic nie muszę” – brzmiała jej nowa dewiza na życie, jakby przed odejściem „jej z niej” jakąkolwiek miała. Może i miała, ale wybaczcie mi ignorancję, ja nic nie widziałam, aczkolwiek ślepam czasami, jak to człek ślepym być może. Dumna piękna duszyczka była tak dziecinnie naiwna myśląc, że piękna duszyczka będzie balonikiem, który wzniesie ją ku niebu, ku wielkim światom z innej galaktyki. Ale! Przypadkiem zrobiła sobie dobrze tym nicniemuszeniem bo oto wreszcie sprawiła sobie szansę bycia sobą i skroiła pewnego rodzaju test na sens sensu bycia tu. Początkowo leżała. Rozwaliła się na wersalce i postanowiła kontemplować chwilę. Z chwilami jednak już tak to bywa, że mają w nosie ich kontemplację, bo ich istnienie jest istnieniem, a nie żadnym woro-pochłaniaczem zawiłości reflekto-czuciowych człowieków nowej ery – belzeludziów. Tylko, że po owej chwili kot wskoczył jej w miejsce zwane kobiecym łonem i tam się uwalając sprawił, iż dziewczynie zrobiło się gorąco. „Cóż – pomyślała – nikt mnie nigdy tak nie rozpalił jak ten pchlarz”. Wiadomo nie od dziś, że większa część rodu tych-co-nie-mają-pipci myśli tylko o pobudzeniu swego rozpłodzaczo-przydupasa, z którym zawarli przymierze, i z którym od urodzenia lubią bawić się w gierki typu „hej-mój-przyjacielu”. Patrzyła na kocura aż w końcu zepchnęła go na podłogę. Ten lekko się zdziwił po czym przeciągnął się i po kociemu wymruczał do niej: „głupiaś ty jak but panno moja karmicielko kota przybłędy!”. ABC i tak nic z tej kociej gadki nie pojęła. Gadać uczyli ją tylko w belzeludzkim języku, który dany został człekowi dawno, dawno temu, kiedy powstała ta cała kulka zwana Ziemią. Uwaliła się na bok i przysnęła. Tak obudziła się w dniu numer 3. Był nijaki. Grafitowy. Nawet słońce udawało burżuja, który nie zaszczyci jej swoją wizytą. Nie wiedziała, co ma robić skoro oddaje się nicniemuszeniu. Przetarła oczy. „Sufit się wali czy to problemy z głową właśnie się mi tu objawiają” – dało się wyczuć wielkie poruszenie i strach w głosie dziewczyny, której prawa noga zdrętwiała bo tak uwalona od dnia wczorajszego nie ruszyła się o centymetr! Zadarła więc łeb i wpatrywała się w białą powierzchnię tam-u-góry. „A może to sam Pan Bóg przemawia do mnie?” – „głupiaś ty dziewucho, głupia jak but” – odpowiedziała sama sobie. I gdy dotarło do niej, że to może być sam stworzyciel podskoczyła, skoczyła na dwie nogi, potknęła się o kota i przyrżnęła głową w zimny kant starej komody. Zanim stało się to, co za chwilę się stało, pomyślała, że nic nie ma, bo być-muszenie to twór, a nie realne istnienie. Zemdlała i tak oto proszę was wkroczyła w dzień numer 4. Ten nie silił się na nic-nicuś-nicość. Postanowił dowalić ABC, a tak naprawdę był złym dniem, który nigdy nie miał w zwyczaju kryć się ze swoją naturą. Lubił dymać ludzkie istoty, jak tylko się dało, od każdej strony i na wsze możliwe sposoby. Śliwa na łbie była niczym w porównaniu z kręćkiem w głowie i burczeniem w brzuchu. Dziewczyna pobiegała czym prędzej do kuchni szukać jedzenia. Tego tam nie było bo od nastania nicniemuszenia, nie musiała też wędrować do spożywczaka po to i tamto do wrzucenia na ruszt. Podrapała się po czole. Wtedy ja oświeciło! Wpadła na pomysł rodem z „Piekielnych przepisów” autorstwa samego… no tego z ogonem… wiecie, o kogo chodzi. Poczłapała do kota. Ten spoglądał na nią z zainteresowaniem. Przywołała go do siebie, połechtała za uszkiem, delikatnie przejechała palcami po jego grzbiecie. Futrzak miauczał z podniety. Zadowolony był jakby przed chwilą niczym za marcowych godów zaliczył jakąś niezłą kocicę. „A teraz do garnka! Na początek cię odgotuję!”. Kiedy pchlarz to usłyszał wbił szpony w ręce swej właścicielki. Nie żałował lęku, smutku i złości. Polała się krew. Czerwona substancja ubrudziła nie tylko łapska dziewczyny, ale i bielusieńką posadzkę. Kot nawet nie obejrzał się za siebie, kiedy zwiewał. „Na talerzu połóż sobie wątróbkę, którą wyrżniesz ze swojego cielska ty podła belzeludzka dziewucho!”. Z głodu zemdlała, a zanim to się stało, zreflektowała kim oto się stała. Przyszedł dzień numer 5. Poza tym, że był gorszy od poprzedników bo w brzuchu bardziej burczało, a ona sama wyglądała jeszcze gorzej niż dzień przed, niczym się nie różnił od swoich sióstr i braci. W głowie ABC zrodziła się myśl. „Mądrale gadają, że jeśli coś sobie wymyślisz, szczerze w to wierzysz, to-to-coś się ziści”. Wyjęła czystą kartkę papieru. Przez kilka długich minut coś na niej namiętnie bazgrała. Po czym uśmiechnąwszy się pod nosem stwierdziła „no to zaraz będę miała czym się napchać”. Niestety wiara w to, że na stole zaraz pojawi się pyszne śniadanie okazało się wiarą godną głupka z sieczką zamiast mózgu z niejakiej planety Ziemi. Nic się nie ziściło. Żadnego cudu nie było, jeden był, w Kanie Galilejskiej, ale dawno dawno temu. Innego już nie będzie ludziska. Oto jak ma się rzeczywistość do teorii stukniętych człeków gadających „uwierz i będziesz miał”. Dzień numer 6 zaskoczył ją sobą. Tak była głodna i zła, że nastał dzień porządków, ale skoro nicniemusiała, to był po prostu dniem. Zamiast płaskiego brzucha miała rozdymany brzuszysko, podobnie do dzieci z planety o nazwie „Głodem Przymierającej”. ABC ściskała go, śpiewała mu, nawet zatańczyła. Na nic się to nie zdało. Cała filozofia nicniemuszenia okazała się ypudod, czyli do dupy. Oszalała. W dniu numer 7 zmarła. Na nagrobku, którego nigdy nikt jej nie postawił, gdyby był, byłoby napisane: „Głupia pinia, co uwierzyła, że cokolwiek może zmienić w tej krainie siano-mózgów. Ziemia nigdy nie hołdowała pięknym duszyczkom i nigdy nie będzie. Jeśli nie wysiedlisz się gdzieś indziej, zmarnujesz się, z mózgu zrobi ci się siano, z duszy cię ograbią, a na koniec zemrzesz głupia onyczełcz, czyli człeczyno. Koniec kropka.

A.D. roku, który postanowił nie odnotować się w historii dziejów człeków tejże planety.

2

Zdjęcie: spirit111

All rights reserved, Alicja Szulborska 2017

Reklamy

Informacje o Alice

Fall in love with writing...
Ten wpis został opublikowany w kategorii Proza, Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s